czwartek, 18 maja 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK,SIÓDMY I OSTATNI - GDZIE SIĘ PODZIALI OSMANOWIE?

Imperium Osmańskie stało się Republiką Turcji, to już wiemy. Lecz co stało się z potomkami dawnych sułtanów? Czy ród Osmanów wygasł?

Niecałe półtora roku po obaleniu sułtanatu Zgromadzenie Narodowe zadało Osmanom ostateczny cios. Na posiedzeniu ogłoszono zniesienie kalifatu i podjęto uchwałę o wypędzeniu z kraju wszystkich członków rodziny osmańskiej. Sułtan Mehmed VI już w 1922 r. opuścił Stambuł na pokładzie brytyjskiego okrętu „Malaya” – najpierw dotarł na Maltę, później osiadł w San Remo. Tam zmarł w 1926 r., a pochowano go w Damaszku. W 1924 r. mężczyznom z rodziny dano na opuszczenie kraju od 24 do 72 godzin. Kobiety, mimo że prawo nigdy nie przewidywało dziedziczenia w linii żeńskiej, również musiały wyjechać z Turcji po upływie od 7 do 10 dni. Państwo założone przez swoich przodków opuściło w sumie ok. 120 osób. Członkowie rodziny osmańskiej rozjechali się po świecie, osiedlając m.in. we Francji, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych i krajach Bliskiego Wschodu. Abdulmecid II (ostatni kalif i teoretycznie następca Mehmeda VI) zmarł w Paryżu w 1944 r., a jego zwłoki przewieziono do Arabii Saudyjskiej i pochowano w Medynie.
Kobietom na powrót do kraju pozwolono w 1952 r., a mężczyznom w 1974 r. Po ogłoszeniu amnestii wielu członków rodziny osmańskiej otrzymało obywatelstwo i paszporty Republiki Tureckiej; część zamieszkała na powrót w Turcji.

Nie, ród Osmanów nie wygasł. Jego potomkowie wciąż żyją. Funkcjonuje nawet pozycja "głowy Domu Osmanów". Chodzi tu o najstarszego mężczyznę w rodzie. Obecnie (od 2017 roku)  funkcję 45. z kolei "głowy" piastuje osiemdziesięciosześcioletni  książę Dündar Aliosman Osman VI.

Na zdjęciu Osman Bayezid, 44. głowa Domu Osmanów, zmarły w 2017 roku


Zmarła w 2012 roku Neslisah Sultan była natomiast ostatnią prawowitą sułtanką, wnuczką ostatniego sułtan i księżniczką egipską (poprzez małżeństwo).






Ród Osmanów obfituje również w młodych członków, więc jeszcze długo będziemy o nim słyszeć.


Najmłodsi członkowie rodu Osmanów, zamieszkali w USA


środa, 10 maja 2017

SZÓSTY SUŁTAŃSKI RODZYNEK - KRÓTKO I NA TEMAT

Ostatnio pisałam o obaleniu sułtanatu i stworzeniu Republiki Turcji oraz o zmianach, które tym procesom towarzyszyły. Przyszło mi na myśl, by polecić pewną książkę, którą znalazłam niegdyś w szkolnej bibliotece, a która wywarła na mnie ogromne wrażenie.



Książka jest autorstwa Orhana Pamuka i nosi tytuł "Muzeum niewinności". W Internecie krąży taki jej opis:

"W kamienicy Zmiłowanie potajemnie spotyka się para kochanków i w pełnych namiętności chwilach odkrywa smak miłości i grzechu. Füsun ma zaledwie osiemnaście lat i oczarowuje młodzieńczym wdziękiem i urodą. Trzydziestoletni Kemal, który nie potrafi oprzeć się pożądaniu oraz fascynacji niewinnością dziewczyny, szykuje się właśnie do zaręczyn z piękną Sibel…

Tłem wydarzeń i zarazem jednym z bohaterów tej kunsztownie opowiedzianej historii miłosnej staje się rodzinne miasto Orhana Pamuka, znane z olśniewającej autobiografii Stambuł. Wspomnienia i miasto. Przesiąknięty nostalgią, melancholijny, dramatycznie rozdarty między przeszłością a teraźniejszością Stambuł ponownie urzeka czytelników swym magicznym, niepokojącym pięknem."

Owszem, powieść Pamuka jest swego rodzaju romansem, opowieścią o trudnych wyborach, nieszczęśliwej miłości, ale też...o polityce. Kulturze. Tradycji. W "Muzeum niewinności" poznajemy dwa oblicza nie tylko Stambułu, ale też Turcji w ogóle. Poznajemy poglądy różnych pokoleń - tych żyjących nadal w duchu kultury Imperium Osmańskiego i tych liberalnych, urodzonych w republice i jej wiernych. Dzieło Pamuka to nie tylko rzewna powiastka o życiu, ale gorąca, ostra polemika tradycji z nowoczesnością. Dla kogoś, kto interesuje się kulturą i historią Turcji ta pozycja książkowa to prawdziwa gratka i swoisty "must have". 

niedziela, 30 kwietnia 2017

PIĄTY SUŁTAŃSKI RODZYNEK - ŻEGNAMY SUŁTANAT

Poruszyłam już kilka interesujących tematów, związanych z krajem Osmanów. Pora przyspieszyć i przenieść się do czasów, gdy na świat przyszedł Mustafa Kemal Pasza. W dzisiejszym poście prześledzimy drogę Turcji od sułtanatu do republiki.


Każdy licealista zna imię Atatürka, czyli "ojca Turków" w dosłownym tłumaczeniu. Pierwszy prezydent Republiki Tureckiej urodził się w 1881 roku w Salonikach, jako członek rdzennie tureckiej i bardzo ubogiej rodziny. Posłano go do wojska, by zapewnić mu lepszą przyszłość. Tak rozpoczęła się błyskotliwa kariera młodego Mustafy. Zasłynął podczas walk o Dardanele ( I wojna światowa) i został dowódcą 5. Armii w Damaszku.



Mustafa Kemal Pasza

Po zakończeniu I wojny światowej i podpisaniu kapitulacji, istnienie wielkiego imperium stanęło pod znakiem zapytania. Mustafa Kemal opowiedział się przeciwko sułtanowi. Został za to skazany na śmierć. W 1919 roku wydał swoją pierwszą odezwę, wzywając wszystkie siły tureckie do obrony Anatolii.




Kemal otwiera obrady Wielkiego Zgromadzenia Narodowego w Turcji


Wbrew sułtanowi zorganizował w kwietniu 192O roku wybory do Zgromadzenia Narodowego. Ignorując wszelkie zalecenia i rozkazy płynące ze Stambułu, stanął na czele Rządu Tymczasowego. W listopadzie 1922 roku doprowadził do obalenia sułtana, stworzył republikę i został jej pierwszym prezydentem. W 1923 roku ogłosił, że nową stolicą kraju będzie Ankara.


Mustafa Kemal Pasza zwrócił się ponoć do członków pierwszego parlamentu tymi słowami:
"Władzę zdobywa się siłą, przemocą i przymusem. Osmanowie zdobyli przymusem władzę nad narodem tureckim. Sprawili, że to bezprawie trwało sześć wieków. Obecnie jednak naród turecki, uznawszy, że dość ma ciemiężycieli, powstał przeciwko nim i przejął władzę w swoje ręce".






Ostatni sułtan Imperium Osmańskiego, Mehmed VI



Atatürk włożył ogromny trud w budowę swojego państwa. To dzięki niemu w Turcji wprowadzono kalendarz gregoriański i alfabet łaciński. Oczyszczono język turecki ze słów pochodzenia arabskiego. Ważną zmiana było też wprowadzenie nazwisk.Ograniczono ingerencję islamu w politykę państwa. Zaczął obowiązywać kodeks karny, wprowadzono obowiązkowe nauczanie kobiet, a także ustawy gwarantujące im równość społeczną i polityczną.




Dzisiaj dostęp do edukacji w Turcji mają zarówno chłopcy, jak i dziewczynki- panuje równouprawnienie.



Pierwszy prezydent Turcji pewnie przewraca się w grobie, patrząc na to, co obecnie dzieje się w Turcji, zaś Sulejman Wspaniały śmieje się w głos. Wygląda na to, że Erdogan, w którego rękach spoczywa władza, chciałby zostać sułtanem. Podziwiam barwną historię i kulturę Imperium Osmańskiego, ale dzisiejszy świat wyrósł już z monarchii. Erdogan jakby zupełni tego nie rozumiał! Czy zreformowana kulturowo i politycznie Turcja, od lat siostra bliźniaczka innych państwa europejskich może ponownie stać się ziemią jednego tyrana? Odpowiedź na to przyniesie przyszłość. 




czwartek, 20 kwietnia 2017

Wielkanoc - hit czy kit?

Święta Wielkiej Nocy to jedne z dwóch najbardziej wyczekiwanych przez katolików w roku świąt. O Bożym Narodzeniu już teraz mówi się, że stało się świętem komercyjnym. Z przykrością należy stwierdzić, że tuż przed Wielkanocą rusza machina z kurczaczkami, zajączkami i pisankami na sklepowych półkach. Czy jednak w tym radosnym czasie ludzie istotnie skupiają się tylko na myciu okien, lukrowanej babce i "zaliczeniu" wizyty u teściów? Jak to jest z nami, Polakami - bliska naszym sercom jest tradycja, czy może już zapomnieliśmy, co jest jej istotą?



Odkąd pamiętam, Wielkanoc napawała mnie większą radością, niż Boże Narodzenie. Pod względem duchowym o wiele bardziej przeżywałam wiosenne święta - sama nie wiem, czemu. Tegoroczne były jak zwykle magiczne, spędzone w licznym gronie rodzinnym. Opowiem dziś o nich jak najkrócej potrafię.


Wszystko zaczęło się od Niedzieli Palmowej. W mojej parafii jest ona od kilku lat obchodzona hucznie - księża sprowadzają osiołka, odbywa się przedstawienie, a zebrane dzieci i dorośli wymachując palemkami, krzyczą: Hosanna! I tu znów pojawia się pytanie: hit czy kit? Osobiście uważam, że hit. Żyjemy w czasach, w których promuje się  naukę poprzez zabawę. Dlaczego więc nie mielibyśmy przybliżać dzieciom historii  Jezusa w przystępny i atrakcyjny dla nich sposób?



Triduum Paschalne co roku wzbudza mój zachwyt. Przeżywając co roku te same nabożeństwa, wciąż nie mogę się nadziwić ich pięknu. Jako oazowiczka mam styczność z przygotowaniami do tych uroczystości. W zeszłym roku oraz dwa lata temu śpiewałam w chórze, wspomagając grupkę "altów" własnym głosem. Czytałam również jedno z czytań przewidzianych na Wielką Sobotę. Doskonale je pamiętam - opowiadało o stworzeniu świata. Zeszły rok wiązał się  również z przygotowaniami do Światowych Dni Młodzieży. Osobiście wnosiłam krzyż Światowych Dni Młodzieży do kościoła, by później czuwać przy nim wraz z reszta młodzieży prawie do rana.


A jak było w tym roku? Cóż, już nie śpiewałam w chórze i nie byłam tak zaangażowana w liturgię. Mam nadzieję, że za rok naprawię ten błąd, bowiem była to dla mnie wielka strata. Mimo to wszystkie trzy nabożeństwa dały mi do myślenia. Rozważanie Męki Pańskiej jak zwykle skłaniało do refleksji nad mocą naszej wiary, stosunkiem do bliźniego i Stwórcy. Myślę, że w te trzy dni w roku klęka się, mówi "Amen" i śpiewa pieśni w zupełnie inny sposób, niż przez resztę roku liturgicznego...






W Wielką Sobotę w moim domu pojawili się pierwsi goście z innego miasta. Była to siostra z dwójką dzieci.Ten dzień spędziliśmy razem, głównie na pokazywaniu moim siostrzeńcom różnych zakamarków Radomia, zabawie na basenie i przygotowywaniu ostatnich kulinarnych specjałów. Rankiem ksiądz poświęcił pokarmy w naszym koszyczku, a wieczorem uczestniczyliśmy w nabożeństwie światła i wody. 




To był pierwszy rok, w którym nie uczestniczyłam w rezurekcji. Znużona przedświątecznym sprzątaniem, sobotnią wizytą w kościele i opieką nad maluchami, nie zdołałam wstać na 6 rano. O godzinie 9, gdy dołączył do nas brat z rodziną, zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego. Nie obyło się bez modlitwy, konsumpcji cukrowych baranków, białego barszczu i innych potraw. W Wielką Sobotę przygotowałam pisanki- wydrapywanki ( jajka gotowane w cebuli, na których później wydrapuje się wzory, np. przy użyciu żyletki, igły itd.), które spożyliśmy na śniadaniu. Dzieliliśmy między siebie potrawy z koszyczka i objadaliśmy się, rozmawiając o rzeczach ważniejszych i mniej ważnych.


W kościele na mszy dla dzieci spotkaliśmy się z resztą rodziny. Świątynia pękała w szwach, ledwo znaleźliśmy miejsca. Po mszy całą familią wróciliśmy do domu. Ponieważ mam pięcioro rodzeństwa (czworo świętowało w moim domu, jeden z braci mieszka na stałe w Anglii), a przybyło ono z rodzinami, to jest również z małymi dziećmi, nasz dom szybko stał się gwarnym miejscem. Już po śniadaniu było mi niedobrze z przejedzenia, ale dzielnie zjadłam obiad i oddałam się słodkiemu lenistwu. Jak to zwykle bywa, śmialiśmy się głośno i dyskutowaliśmy o wszelakich sprawach. Typowo rodzinne święta...






Szybko minęło, zostały brudne talerze i pustka, gdy już wszyscy poszli. Ale nie pustka w sercach! Wielkanoc żyje we mnie cały rok. Radość ze Zmartwychwstania Chrystusa rodzi się we mnie przed północą, w Wielką Sobotę, gdy przy akompaniamencie gitary nasz chór intonuje: "Oto są baranki młode..." bądź drugą moją ulubioną pieśń - "Zmartwychwstał Pan, i żyje dziś...". Patrzę wtedy na tych wszystkich ludzi, zgromadzonych w kościele i nie wierzę, że są tu tylko po to, by sąsiedzi nie gadali, by "zaliczyć" kolejne święta. Zbyt głośno śpiewają, zbyt radośnie życzą sobie "Wesołego Alleluja!". Zostawiają swoje kurczaczki i zajączki w domach, by wyjść na spotkanie tradycji i religii. Nadal, mimo etykietki święta komercyjnego, jaką przylepiono Wielkanocy, Polacy pokazują, że to nie tak - że wciąż wiedzą, co naprawdę ważne.










poniedziałek, 13 marca 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK NUMER CZTERY - CZYM BYŁY TAJEMNICZE "ZŁOTE KLATKI"?

Historia często nas zaskakuje. Spoglądając wstecz, niekiedy nie rozumiemy decyzji władców i buntujących się ludów. Nie przemawiają do nas rozwiązania sprzed wieków. Dzisiaj sprawą zamykania kogoś w tzw. "złotych klatkach" zainteresowałaby się niejedna organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka.

W Imperium Osmańskim obowiązywało trudne prawo. Władzę po zmarłym sułtanie przejąć mógł w zasadzie każdy męski członek dynastii. Poddani i dworzanie mieli swoich faworytów, nie zawsze najzdolniejszych czy najsilniejszych. Dochodziło do spisków, intryg, walk o tron, które zaczęły rozgrywać się również między braćmi.

Żeby zyskać władzę, jeden z książąt musiał zapewnić sobie poparcie janczarów, zająć stolicę oraz skarbiec. Gdy już tego dokonał, najczęściej próbował wyeliminować z gry pozostałych braci. Czuł, że stanowią dla niego zagrożenie. Prawdziwa plaga bratobójstwa rozpoczęła się wraz z dekretem Mehmeda II Zdobywcy:

Którykolwiek z moich potomków odziedziczy z woli Allaha tron sułtana, powinien zabić swoich braci w interesie zachowania porządku na świecie. Większość ulemów zgadza się z tym, niechajże, więc takoż się dzieje.

Mehmed II Zdobywca


 Bratobójcą-rekordzistą był Mehmed III, który po wstąpieniu na tron uśmiercił swoich 19 braci.


19 trumien opuszcza pałac Topkapi - kadr z serialu "Wspaniałe stulecie: Sułtanka Kosem"


Z czasem zaczęto zastanawiać się, co by było, gdyby sułtan wymordował braci i umarł śmiercią nagłą, bezpotomnie. Ciągłość władzy w Imperium musiała zostać utrzymana. Dlatego za czasów sułtana Ahmeda wprowadzono tzw. "złote klatki". Były to pomieszczenia zamieszkiwane przez braci panujących władców. Usługiwali im głuchoniemi, więźniowie nie mogli się kształcić, mieli nikły kontakt z własną rodziną. Brat Ahmeda, Mehmed, bardzo ucierpiał z powodu długoletniej niewoli w takiej "kafes", tj. klatce. Jego zdrowie psychiczne zostało zrujnowane. W rezultacie wstępując na tron mężczyzna ten nie był przygotowany ani zdolny do sprawowania władzy. Szybko go od niej odsunięto...

 Mordowanie brata przez brata, syna przez ojca i ojca przez syna - tak wyglądały realia życia sułtańskiej rodziny. Z jednej strony wydaje nam się, to drastyczne, z drugiej wprowadzenie "złotych klatek" doprowadziło do upadku Imperium Osmańskiego.  Władzy nie sprawowali już bowiem kolejno silni zwycięzcy walk o tron, lecz męscy potomkowie rodu Osmanów o słabym zdrowiu, słabym wykształceniu bądź niezdolni do efektywnego i samodzielnego  rządzenia państwem.


Link do fragmentu serialu "Wspaniałe stulecie", przedstawiającego scenę bratobójstwa - syn Sulejmana Wspaniałego, Selim, rozkazuje zamordować księcia Bajazyda i jego małych synów (wydarzenia autentyczne). Bardzo polecam to nagranie, potrafi przyprawić o dreszcze i wzbudzić refleksje na temat okrucieństwa i bezwzględności systemów prawnych muzułmanów...Sama niejednokrotnie płakałam, oglądając ten straszny proceder:

https://www.youtube.com/watch?v=DjQhWG5KsrQ

(w ustawieniach trzeba włączyć polskie napisy)

Link do fragmentu tegoż samego serialu. Tym razem oglądamy scenę śmierci księcia Mustafy, którego sułtan Sulejman skazał na śmierć w wyniku intryg sułtanki Hurrem. Książę był niewinny, a zginął tylko dlatego, że był rywalem dla dzieci Hurrem w walce o tron. Sułtanka nie wierzyła jego zapewnieniom o miłości do braci i o tym, że ich nie skrzywdzi:

https://www.youtube.com/watch?v=WVrd9tO8M4g

(tym razem można skorzystać wyłącznie z angielskich napisów, ale chodzi mi tu bardziej o grę aktorską, konstrukcję tej pięknej i strasznej sceny)





czwartek, 23 lutego 2017

COFAMY ZEGAREK O GODZINĘ, CZYLI O MOJEJ WIZYCIE W ANGLII

Tegoroczne ferie zaplanowałam już dawno. Brat, który od ośmiu lat mieszka w Anglii ze swoją rodziną, kupił mi bilety i zasadniczo wszystko było gotowe już w grudniu. Jedenastego lutego o piątej pięćdziesiąt całkiem samiutka wyleciałam samolotem linii WizzAir z lotniska Chopina w Warszawie, by ok. 8 wylądować w Birmingham. Stamtąd odebrał mnie mój brat i rozpoczęłam swoją 10-dniową przygodę.

Na zdjęciu charakterystyczne, czerwone budki telefoniczne.




Takie taksówki jeżdżą po ulicach miasteczka Coventry.











Większość czasu spędzałam z rodziną, w domu ale nie zabrakło też spacerów. W urokliwym Wolverhampton (oddalonym od Birmingham, czyli drugiego największego zaraz po Londynie miasta w Anglii o ok. 2 h drogi)  miałam okazję zobaczyć ludzi o różnych kolorach skóry, przedstawicieli kilku narodów- białych, Hindusów, Arabów itd. Byłam w polskim kościele katolickim, polskim sklepie, a na Polonię natykałam się praktycznie wszędzie. Wędrowałam, podziwiając śliczne angielskie osiedla, te charakterystyczne, czerwone domki, przed którymi zaczęły już rosnąć żonkile. W czasie wizyt w sklepach czy w szkole dzieci mojego brata popróbowałam moich sił w angielskim, ale w praktyce dogadanie się z Anglikiem, mówiącym płynnie i szybko okazało się zbyt trudne. 

W niedzielę tuż przed moim wyjazdem udałam się na wycieczkę do Coventry. Zobaczyłam tam ruiny słynnej katedry, zniszczonej w I wojnie światowej, zwiedziłam Muzeum Herberta, odwiedziłam wesołe miasteczko i zobaczyłam trochę zabytków, napotkanych po drodze. Jeżeli chodzi o samą katedrę, wchodziłam nawet na starą, omszałą wieżę - byłam ponad dzwonami. Pokonałam w tym celu 180 schodów. Widok z góry był warty bólu w nogach. W Muzeum, do którego wstęp był bezpłatny, zwiedziłam kilka wystaw. I tak zobaczyłam ekspozycję zabytkowych zegarów z kukułką, poznałam historię zbombardowania tego miasteczka, obejrzałam czaszki zwierząt, stare urządzenia elektryczne, stroje z minionych epok. Bardzo zaciekawiła mnie również wystawa na temat żywiołów, obfitująca w stanowiska do eksperymentowania i do zabaw tematycznych dla całej rodziny. Moją uwagę przykuły również portrety, prezentowane w ramach ekspozycji "Face to face", czyli "twarzą w twarz". Można było tam przebrać się w ciekawe stroje, charakterystyczne dla kultur Anglii minionych wieków.


Ruiny katedry w Coventry. Na zdjęciu nie widać co prawda wysokiej
wieży, ale klimat tego miejsca jest nie do opisania, jeśli komuś choć odrobinę działają
na wyobraźnię omszałe mury sprzed wieków...


Na ekspozycji w muzeum prezentowano czaszki zwierzęce.
Pianino należące niegdyś do George'a Eliota.
Rzeźba na placu przed zabytkową katedrą w Coventry,
zmuszająca do przemyśleń na temat okrucieństwa
I wojny światowej i ofiar, które pochłonęła.
Zabytkowa maszyna do pisania. Ponieważ pisanie to mój konik,
oglądanie takich cudów sprawiło mi ogromną przyjemność.
Na ekranach muzealnych wyświetlano filmy, opowiadające
historię zbombardowania i rekonstrukcji katedry w Coventry.

Wspomniane zabytkowe zegary. Ich tarcze cieszą oko barwnymi
zdobieniami, stylem cyfr oraz napisami.

Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, gdzie jest lepiej - w Anglii czy w Polsce. Wiem tylko, że w United Kingdom dotknęłam czegoś niesamowitego, poczułam na własnej skórze klimat życia na tamtejszych terenach. Przez 10 dni jadłam chleb smakujący zupełnie inaczej, w uszach szumiał mi angielski i poznałam inny rodzaj egzystencji - spokojne życie bez pośpiechu, który w Polsce jest wszechobecny. U nas dzieci w szkole są już niekiedy o szóstej, targając ze sobą dwudziestokilogramowe plecaki i zaraz po lekcjach siadają do odrabiania lekcji. Tam dzieci do szkoły idą na dziewiątą, do szkoły noszą dwa zeszyty zamknięte w plastikowej torbie, nazywanej "school bag", a pracę domową zadaje im sie raz na tydzień. Tam rodizny jedzą wspólne posiłki, a u nas nawet śniadanie jedzone jest w pośpiechu, wlewa się w siebie filiżankę kawy i pędzi się przed siebie. Co z tego, że tam nie ma słońca? U nas jest, a nie mamy czasu go dostrzegać. Bardzo cieszę się z powrotu do ukochanej ojczyzny, ale wiem, że będę tęsknić za rodziną, spokojem i nawet za tym, że kierownica w angielskich autach zamontowana jest po drugiej stronie.


Angielskie osiedle - widok z balkonu. Na zdjęciu
widac dobrze czerwone domki. 

Szara wiewiórka, która przemknęła mi przed nosem w trakcie spaceru.
Te zwierzątka o rudej barwie sierści w Anglii są znacznie rzadziej spotykane.

czwartek, 9 lutego 2017

KINO CZY TEATR, OTO JEST PYTANIE...

Pewnego dnia zadałam sobie pytanie: czy ja wolę kino, czy teatr? Nie umiałam odpowiedzieć od razu.
Przemyślałam sprawę i w końcu doszłam do pewnego wniosku, ale o tym za chwilę.

Odkąd pamiętam, czułam awersję do języka polskiego. Jestem córką polonistki, umiałam czytać w wieku trzech lat, mam dobry słuch muzyczny, kocham wycieczki do muzeów i sztukę w sensie ogólnym, ale zawsze męczyło mnie to, że jeśli nie popisałam się znajomością najznakomitszych dzieł Mozarta, ludzie krzywili się gdy twierdziłam, iż podoba mi się muzyka klasyczna. Tak samo jest z filmem. Lubię oglądać filmy, ale nie znam ekranizacji komiksów Marvela, nie mam zielonego pojęcia o polskich, znanych filmach z lat dziewięćdziesiątych czy innych. Mam też świadomość tego, że nie starczy mi życia na nauczenie się na pamięć nazwisk słynnych malarzy i jednoczesne zagłębienie się w kino, teatr itd., czyli słowem - zdobycie kompletnej wiedzy o wszystkim. Szydzenie ze mnie przez innych ludzi tylko z tego powodu, że nie znam klasyków, a podoba mi się coś mniej znanego bardzo zniechęca do obcowania z kulturą.

Jeżeli chodzi o teatr, nie bywam w nim często. Myślę, że dla przeciętnego człowieka przygoda z teatrem rozpoczyna się wtedy, gdy pójdzie on do szkoły. Nawet małe dzieci chodzą na wycieczki klasowe na spektakle. Mało który nastolatek bywa w teatrze sam z siebie, chociaż przyznam, że znam miłośników tej formy spędzania wolnego czasu. Ja w teatrze również bywam wtedy, gdy idziemy na sztukę całą klasą. Dotychczas kilkakrotnie odwiedzałam warszawską "Romę", widziałam tam trzy opery i parę spektakli w teatrze radomskim. Na niektóre wybrałam się sama, bo albo wygrałam bilet na spektakl w konkursie literacki, albo otrzymałam go od kogoś w prezencie itd. W wyprawie do teatru najbardziej podoba mi się klimat owej wycieczki. Kiedy w ramach WOK-u wybieramy się całą klasą na przedstawienie, wszyscy nagle poważnieją - chłopcy wkładają koszule i garnitury, a dziewczyny zakładają wieczorowe sukienki, układają ładnie włosy i pozwalają sobie na wieczorowy, nieco mocniejszy makijaż. Słowem, wszyscy wyglądają jak z okładki żurnalu. W takich strojach nikt nie robi z siebie małpy, wszyscy zachowują się jak na wizytę w teatrze przystało. Siadamy obok siebie w miękkich fotelach, a w przerwie dyskutujemy na temat sztuki. To wszystko szalenie pociąga i rekompensuje szkody wyrządzone przez nawet najbardziej beznadziejne spektakle.






Teraz słowem o kinie. Do kina przeciętny człowiek chadza częściej, niż do teatru. Ja rzadko bywam i tu, i tu - również z powodów finansowych, bowiem nie dysponuję własnym kieszonkowym. Jeżeli natomiast zbliża się premiera "Gwiezdnych Wojen", nie waham się ani chwili. Jako mała dziewczynka bywałam w kinie non stop, w ramach wycieczek klasowych. Oczywiście na bajkach, więc nie ma o czym mówić. Ale wszystkie te wizyty wspominam bardzo przyjemnie. Obecnie często wybieramy się na filmy całą szkołą, co trochę mi przeszkadza. Nastolatkowie mają tendencję do gadania i szeleszczenia wszystkim, co popadnie podczas seansu- nieważne, czy to film o wojnie, czy komedia. To naprawdę męczy. W kinie czuję się całkiem dobrze, ale po pewnym czasie usypiam, a moje oczy szybko się męczą, zwłaszcza na filmach akcji.  A już naprawdę nie przepadam za filmami w 3D. Jeśli jednak mam obok siebie dobrych przyjaciół, trochę popcornu i colę w ręku, da się to wytrzymać. Podsumowując, lubię kino, ale nie szaleję na jego punkcie. Nie jestem pewna, czy to właśnie tam chciałabym chodzić na randki...



Wniosek? Nie przepadam jakoś specjalnie ani za kinem, ani za teatrem, z tym że kino mówi do mnie w języku współczesnym, a teatr często przemawia niezrozumiale. Gdybym musiała wybrać, postawiłabym na kino. Co jednak lubię najbardziej? Chyba duży telewizor lub projektor i rzutnik, kino domowe, słodycze i chipsy rozstawione na dywanie, ciepły koc, dobre towarzystwo i wybór dowolnego filmu lub spektaklu, transmitowanego przez telewizję. Do tego najlepiej kakao zimą lub chłodny napój latem. Dlatego tak pociąga mnie wizja kolejnego ENEMEFU(Nocny Maraton Filmowy), organizowanego w naszej szkole - jeden taki już przeżyłam. Czy uważam się z tego powodu za kogoś mniej zainteresowanego kulturą? Nie, skądże. Kultury brakuje tym, którzy zadzierają nosa, tłumacząc mi po raz kolejny, że ludzie słuchający popu to prostacy i nie mają za grosz gustu.