czwartek, 20 kwietnia 2017

Wielkanoc - hit czy kit?

Święta Wielkiej Nocy to jedne z dwóch najbardziej wyczekiwanych przez katolików w roku świąt. O Bożym Narodzeniu już teraz mówi się, że stało się świętem komercyjnym. Z przykrością należy stwierdzić, że tuż przed Wielkanocą rusza machina z kurczaczkami, zajączkami i pisankami na sklepowych półkach. Czy jednak w tym radosnym czasie ludzie istotnie skupiają się tylko na myciu okien, lukrowanej babce i "zaliczeniu" wizyty u teściów? Jak to jest z nami, Polakami - bliska naszym sercom jest tradycja, czy może już zapomnieliśmy, co jest jej istotą?



Odkąd pamiętam, Wielkanoc napawała mnie większą radością, niż Boże Narodzenie. Pod względem duchowym o wiele bardziej przeżywałam wiosenne święta - sama nie wiem, czemu. Tegoroczne były jak zwykle magiczne, spędzone w licznym gronie rodzinnym. Opowiem dziś o nich jak najkrócej potrafię.


Wszystko zaczęło się od Niedzieli Palmowej. W mojej parafii jest ona od kilku lat obchodzona hucznie - księża sprowadzają osiołka, odbywa się przedstawienie, a zebrane dzieci i dorośli wymachując palemkami, krzyczą: Hosanna! I tu znów pojawia się pytanie: hit czy kit? Osobiście uważam, że hit. Żyjemy w czasach, w których promuje się  naukę poprzez zabawę. Dlaczego więc nie mielibyśmy przybliżać dzieciom historii  Jezusa w przystępny i atrakcyjny dla nich sposób?



Triduum Paschalne co roku wzbudza mój zachwyt. Przeżywając co roku te same nabożeństwa, wciąż nie mogę się nadziwić ich pięknu. Jako oazowiczka mam styczność z przygotowaniami do tych uroczystości. W zeszłym roku oraz dwa lata temu śpiewałam w chórze, wspomagając grupkę "altów" własnym głosem. Czytałam również jedno z czytań przewidzianych na Wielką Sobotę. Doskonale je pamiętam - opowiadało o stworzeniu świata. Zeszły rok wiązał się  również z przygotowaniami do Światowych Dni Młodzieży. Osobiście wnosiłam krzyż Światowych Dni Młodzieży do kościoła, by później czuwać przy nim wraz z reszta młodzieży prawie do rana.


A jak było w tym roku? Cóż, już nie śpiewałam w chórze i nie byłam tak zaangażowana w liturgię. Mam nadzieję, że za rok naprawię ten błąd, bowiem była to dla mnie wielka strata. Mimo to wszystkie trzy nabożeństwa dały mi do myślenia. Rozważanie Męki Pańskiej jak zwykle skłaniało do refleksji nad mocą naszej wiary, stosunkiem do bliźniego i Stwórcy. Myślę, że w te trzy dni w roku klęka się, mówi "Amen" i śpiewa pieśni w zupełnie inny sposób, niż przez resztę roku liturgicznego...






W Wielką Sobotę w moim domu pojawili się pierwsi goście z innego miasta. Była to siostra z dwójką dzieci.Ten dzień spędziliśmy razem, głównie na pokazywaniu moim siostrzeńcom różnych zakamarków Radomia, zabawie na basenie i przygotowywaniu ostatnich kulinarnych specjałów. Rankiem ksiądz poświęcił pokarmy w naszym koszyczku, a wieczorem uczestniczyliśmy w nabożeństwie światła i wody. 




To był pierwszy rok, w którym nie uczestniczyłam w rezurekcji. Znużona przedświątecznym sprzątaniem, sobotnią wizytą w kościele i opieką nad maluchami, nie zdołałam wstać na 6 rano. O godzinie 9, gdy dołączył do nas brat z rodziną, zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego. Nie obyło się bez modlitwy, konsumpcji cukrowych baranków, białego barszczu i innych potraw. W Wielką Sobotę przygotowałam pisanki- wydrapywanki ( jajka gotowane w cebuli, na których później wydrapuje się wzory, np. przy użyciu żyletki, igły itd.), które spożyliśmy na śniadaniu. Dzieliliśmy między siebie potrawy z koszyczka i objadaliśmy się, rozmawiając o rzeczach ważniejszych i mniej ważnych.


W kościele na mszy dla dzieci spotkaliśmy się z resztą rodziny. Świątynia pękała w szwach, ledwo znaleźliśmy miejsca. Po mszy całą familią wróciliśmy do domu. Ponieważ mam pięcioro rodzeństwa (czworo świętowało w moim domu, jeden z braci mieszka na stałe w Anglii), a przybyło ono z rodzinami, to jest również z małymi dziećmi, nasz dom szybko stał się gwarnym miejscem. Już po śniadaniu było mi niedobrze z przejedzenia, ale dzielnie zjadłam obiad i oddałam się słodkiemu lenistwu. Jak to zwykle bywa, śmialiśmy się głośno i dyskutowaliśmy o wszelakich sprawach. Typowo rodzinne święta...






Szybko minęło, zostały brudne talerze i pustka, gdy już wszyscy poszli. Ale nie pustka w sercach! Wielkanoc żyje we mnie cały rok. Radość ze Zmartwychwstania Chrystusa rodzi się we mnie przed północą, w Wielką Sobotę, gdy przy akompaniamencie gitary nasz chór intonuje: "Oto są baranki młode..." bądź drugą moją ulubioną pieśń - "Zmartwychwstał Pan, i żyje dziś...". Patrzę wtedy na tych wszystkich ludzi, zgromadzonych w kościele i nie wierzę, że są tu tylko po to, by sąsiedzi nie gadali, by "zaliczyć" kolejne święta. Zbyt głośno śpiewają, zbyt radośnie życzą sobie "Wesołego Alleluja!". Zostawiają swoje kurczaczki i zajączki w domach, by wyjść na spotkanie tradycji i religii. Nadal, mimo etykietki święta komercyjnego, jaką przylepiono Wielkanocy, Polacy pokazują, że to nie tak - że wciąż wiedzą, co naprawdę ważne.










poniedziałek, 13 marca 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK NUMER CZTERY - CZYM BYŁY TAJEMNICZE "ZŁOTE KLATKI"?

Historia często nas zaskakuje. Spoglądając wstecz, niekiedy nie rozumiemy decyzji władców i buntujących się ludów. Nie przemawiają do nas rozwiązania sprzed wieków. Dzisiaj sprawą zamykania kogoś w tzw. "złotych klatkach" zainteresowałaby się niejedna organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka.

W Imperium Osmańskim obowiązywało trudne prawo. Władzę po zmarłym sułtanie przejąć mógł w zasadzie każdy męski członek dynastii. Poddani i dworzanie mieli swoich faworytów, nie zawsze najzdolniejszych czy najsilniejszych. Dochodziło do spisków, intryg, walk o tron, które zaczęły rozgrywać się również między braćmi.

Żeby zyskać władzę, jeden z książąt musiał zapewnić sobie poparcie janczarów, zająć stolicę oraz skarbiec. Gdy już tego dokonał, najczęściej próbował wyeliminować z gry pozostałych braci. Czuł, że stanowią dla niego zagrożenie. Prawdziwa plaga bratobójstwa rozpoczęła się wraz z dekretem Mehmeda II Zdobywcy:

Którykolwiek z moich potomków odziedziczy z woli Allaha tron sułtana, powinien zabić swoich braci w interesie zachowania porządku na świecie. Większość ulemów zgadza się z tym, niechajże, więc takoż się dzieje.

Mehmed II Zdobywca


 Bratobójcą-rekordzistą był Mehmed III, który po wstąpieniu na tron uśmiercił swoich 19 braci.


19 trumien opuszcza pałac Topkapi - kadr z serialu "Wspaniałe stulecie: Sułtanka Kosem"


Z czasem zaczęto zastanawiać się, co by było, gdyby sułtan wymordował braci i umarł śmiercią nagłą, bezpotomnie. Ciągłość władzy w Imperium musiała zostać utrzymana. Dlatego za czasów sułtana Ahmeda wprowadzono tzw. "złote klatki". Były to pomieszczenia zamieszkiwane przez braci panujących władców. Usługiwali im głuchoniemi, więźniowie nie mogli się kształcić, mieli nikły kontakt z własną rodziną. Brat Ahmeda, Mehmed, bardzo ucierpiał z powodu długoletniej niewoli w takiej "kafes", tj. klatce. Jego zdrowie psychiczne zostało zrujnowane. W rezultacie wstępując na tron mężczyzna ten nie był przygotowany ani zdolny do sprawowania władzy. Szybko go od niej odsunięto...

 Mordowanie brata przez brata, syna przez ojca i ojca przez syna - tak wyglądały realia życia sułtańskiej rodziny. Z jednej strony wydaje nam się, to drastyczne, z drugiej wprowadzenie "złotych klatek" doprowadziło do upadku Imperium Osmańskiego.  Władzy nie sprawowali już bowiem kolejno silni zwycięzcy walk o tron, lecz męscy potomkowie rodu Osmanów o słabym zdrowiu, słabym wykształceniu bądź niezdolni do efektywnego i samodzielnego  rządzenia państwem.


Link do fragmentu serialu "Wspaniałe stulecie", przedstawiającego scenę bratobójstwa - syn Sulejmana Wspaniałego, Selim, rozkazuje zamordować księcia Bajazyda i jego małych synów (wydarzenia autentyczne). Bardzo polecam to nagranie, potrafi przyprawić o dreszcze i wzbudzić refleksje na temat okrucieństwa i bezwzględności systemów prawnych muzułmanów...Sama niejednokrotnie płakałam, oglądając ten straszny proceder:

https://www.youtube.com/watch?v=DjQhWG5KsrQ

(w ustawieniach trzeba włączyć polskie napisy)

Link do fragmentu tegoż samego serialu. Tym razem oglądamy scenę śmierci księcia Mustafy, którego sułtan Sulejman skazał na śmierć w wyniku intryg sułtanki Hurrem. Książę był niewinny, a zginął tylko dlatego, że był rywalem dla dzieci Hurrem w walce o tron. Sułtanka nie wierzyła jego zapewnieniom o miłości do braci i o tym, że ich nie skrzywdzi:

https://www.youtube.com/watch?v=WVrd9tO8M4g

(tym razem można skorzystać wyłącznie z angielskich napisów, ale chodzi mi tu bardziej o grę aktorską, konstrukcję tej pięknej i strasznej sceny)





czwartek, 23 lutego 2017

COFAMY ZEGAREK O GODZINĘ, CZYLI O MOJEJ WIZYCIE W ANGLII

Tegoroczne ferie zaplanowałam już dawno. Brat, który od ośmiu lat mieszka w Anglii ze swoją rodziną, kupił mi bilety i zasadniczo wszystko było gotowe już w grudniu. Jedenastego lutego o piątej pięćdziesiąt całkiem samiutka wyleciałam samolotem linii WizzAir z lotniska Chopina w Warszawie, by ok. 8 wylądować w Birmingham. Stamtąd odebrał mnie mój brat i rozpoczęłam swoją 10-dniową przygodę.

Na zdjęciu charakterystyczne, czerwone budki telefoniczne.




Takie taksówki jeżdżą po ulicach miasteczka Coventry.











Większość czasu spędzałam z rodziną, w domu ale nie zabrakło też spacerów. W urokliwym Wolverhampton (oddalonym od Birmingham, czyli drugiego największego zaraz po Londynie miasta w Anglii o ok. 2 h drogi)  miałam okazję zobaczyć ludzi o różnych kolorach skóry, przedstawicieli kilku narodów- białych, Hindusów, Arabów itd. Byłam w polskim kościele katolickim, polskim sklepie, a na Polonię natykałam się praktycznie wszędzie. Wędrowałam, podziwiając śliczne angielskie osiedla, te charakterystyczne, czerwone domki, przed którymi zaczęły już rosnąć żonkile. W czasie wizyt w sklepach czy w szkole dzieci mojego brata popróbowałam moich sił w angielskim, ale w praktyce dogadanie się z Anglikiem, mówiącym płynnie i szybko okazało się zbyt trudne. 

W niedzielę tuż przed moim wyjazdem udałam się na wycieczkę do Coventry. Zobaczyłam tam ruiny słynnej katedry, zniszczonej w I wojnie światowej, zwiedziłam Muzeum Herberta, odwiedziłam wesołe miasteczko i zobaczyłam trochę zabytków, napotkanych po drodze. Jeżeli chodzi o samą katedrę, wchodziłam nawet na starą, omszałą wieżę - byłam ponad dzwonami. Pokonałam w tym celu 180 schodów. Widok z góry był warty bólu w nogach. W Muzeum, do którego wstęp był bezpłatny, zwiedziłam kilka wystaw. I tak zobaczyłam ekspozycję zabytkowych zegarów z kukułką, poznałam historię zbombardowania tego miasteczka, obejrzałam czaszki zwierząt, stare urządzenia elektryczne, stroje z minionych epok. Bardzo zaciekawiła mnie również wystawa na temat żywiołów, obfitująca w stanowiska do eksperymentowania i do zabaw tematycznych dla całej rodziny. Moją uwagę przykuły również portrety, prezentowane w ramach ekspozycji "Face to face", czyli "twarzą w twarz". Można było tam przebrać się w ciekawe stroje, charakterystyczne dla kultur Anglii minionych wieków.


Ruiny katedry w Coventry. Na zdjęciu nie widać co prawda wysokiej
wieży, ale klimat tego miejsca jest nie do opisania, jeśli komuś choć odrobinę działają
na wyobraźnię omszałe mury sprzed wieków...


Na ekspozycji w muzeum prezentowano czaszki zwierzęce.
Pianino należące niegdyś do George'a Eliota.
Rzeźba na placu przed zabytkową katedrą w Coventry,
zmuszająca do przemyśleń na temat okrucieństwa
I wojny światowej i ofiar, które pochłonęła.
Zabytkowa maszyna do pisania. Ponieważ pisanie to mój konik,
oglądanie takich cudów sprawiło mi ogromną przyjemność.
Na ekranach muzealnych wyświetlano filmy, opowiadające
historię zbombardowania i rekonstrukcji katedry w Coventry.

Wspomniane zabytkowe zegary. Ich tarcze cieszą oko barwnymi
zdobieniami, stylem cyfr oraz napisami.

Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, gdzie jest lepiej - w Anglii czy w Polsce. Wiem tylko, że w United Kingdom dotknęłam czegoś niesamowitego, poczułam na własnej skórze klimat życia na tamtejszych terenach. Przez 10 dni jadłam chleb smakujący zupełnie inaczej, w uszach szumiał mi angielski i poznałam inny rodzaj egzystencji - spokojne życie bez pośpiechu, który w Polsce jest wszechobecny. U nas dzieci w szkole są już niekiedy o szóstej, targając ze sobą dwudziestokilogramowe plecaki i zaraz po lekcjach siadają do odrabiania lekcji. Tam dzieci do szkoły idą na dziewiątą, do szkoły noszą dwa zeszyty zamknięte w plastikowej torbie, nazywanej "school bag", a pracę domową zadaje im sie raz na tydzień. Tam rodizny jedzą wspólne posiłki, a u nas nawet śniadanie jedzone jest w pośpiechu, wlewa się w siebie filiżankę kawy i pędzi się przed siebie. Co z tego, że tam nie ma słońca? U nas jest, a nie mamy czasu go dostrzegać. Bardzo cieszę się z powrotu do ukochanej ojczyzny, ale wiem, że będę tęsknić za rodziną, spokojem i nawet za tym, że kierownica w angielskich autach zamontowana jest po drugiej stronie.


Angielskie osiedle - widok z balkonu. Na zdjęciu
widac dobrze czerwone domki. 

Szara wiewiórka, która przemknęła mi przed nosem w trakcie spaceru.
Te zwierzątka o rudej barwie sierści w Anglii są znacznie rzadziej spotykane.

czwartek, 9 lutego 2017

KINO CZY TEATR, OTO JEST PYTANIE...

Pewnego dnia zadałam sobie pytanie: czy ja wolę kino, czy teatr? Nie umiałam odpowiedzieć od razu.
Przemyślałam sprawę i w końcu doszłam do pewnego wniosku, ale o tym za chwilę.

Odkąd pamiętam, czułam awersję do języka polskiego. Jestem córką polonistki, umiałam czytać w wieku trzech lat, mam dobry słuch muzyczny, kocham wycieczki do muzeów i sztukę w sensie ogólnym, ale zawsze męczyło mnie to, że jeśli nie popisałam się znajomością najznakomitszych dzieł Mozarta, ludzie krzywili się gdy twierdziłam, iż podoba mi się muzyka klasyczna. Tak samo jest z filmem. Lubię oglądać filmy, ale nie znam ekranizacji komiksów Marvela, nie mam zielonego pojęcia o polskich, znanych filmach z lat dziewięćdziesiątych czy innych. Mam też świadomość tego, że nie starczy mi życia na nauczenie się na pamięć nazwisk słynnych malarzy i jednoczesne zagłębienie się w kino, teatr itd., czyli słowem - zdobycie kompletnej wiedzy o wszystkim. Szydzenie ze mnie przez innych ludzi tylko z tego powodu, że nie znam klasyków, a podoba mi się coś mniej znanego bardzo zniechęca do obcowania z kulturą.

Jeżeli chodzi o teatr, nie bywam w nim często. Myślę, że dla przeciętnego człowieka przygoda z teatrem rozpoczyna się wtedy, gdy pójdzie on do szkoły. Nawet małe dzieci chodzą na wycieczki klasowe na spektakle. Mało który nastolatek bywa w teatrze sam z siebie, chociaż przyznam, że znam miłośników tej formy spędzania wolnego czasu. Ja w teatrze również bywam wtedy, gdy idziemy na sztukę całą klasą. Dotychczas kilkakrotnie odwiedzałam warszawską "Romę", widziałam tam trzy opery i parę spektakli w teatrze radomskim. Na niektóre wybrałam się sama, bo albo wygrałam bilet na spektakl w konkursie literacki, albo otrzymałam go od kogoś w prezencie itd. W wyprawie do teatru najbardziej podoba mi się klimat owej wycieczki. Kiedy w ramach WOK-u wybieramy się całą klasą na przedstawienie, wszyscy nagle poważnieją - chłopcy wkładają koszule i garnitury, a dziewczyny zakładają wieczorowe sukienki, układają ładnie włosy i pozwalają sobie na wieczorowy, nieco mocniejszy makijaż. Słowem, wszyscy wyglądają jak z okładki żurnalu. W takich strojach nikt nie robi z siebie małpy, wszyscy zachowują się jak na wizytę w teatrze przystało. Siadamy obok siebie w miękkich fotelach, a w przerwie dyskutujemy na temat sztuki. To wszystko szalenie pociąga i rekompensuje szkody wyrządzone przez nawet najbardziej beznadziejne spektakle.






Teraz słowem o kinie. Do kina przeciętny człowiek chadza częściej, niż do teatru. Ja rzadko bywam i tu, i tu - również z powodów finansowych, bowiem nie dysponuję własnym kieszonkowym. Jeżeli natomiast zbliża się premiera "Gwiezdnych Wojen", nie waham się ani chwili. Jako mała dziewczynka bywałam w kinie non stop, w ramach wycieczek klasowych. Oczywiście na bajkach, więc nie ma o czym mówić. Ale wszystkie te wizyty wspominam bardzo przyjemnie. Obecnie często wybieramy się na filmy całą szkołą, co trochę mi przeszkadza. Nastolatkowie mają tendencję do gadania i szeleszczenia wszystkim, co popadnie podczas seansu- nieważne, czy to film o wojnie, czy komedia. To naprawdę męczy. W kinie czuję się całkiem dobrze, ale po pewnym czasie usypiam, a moje oczy szybko się męczą, zwłaszcza na filmach akcji.  A już naprawdę nie przepadam za filmami w 3D. Jeśli jednak mam obok siebie dobrych przyjaciół, trochę popcornu i colę w ręku, da się to wytrzymać. Podsumowując, lubię kino, ale nie szaleję na jego punkcie. Nie jestem pewna, czy to właśnie tam chciałabym chodzić na randki...



Wniosek? Nie przepadam jakoś specjalnie ani za kinem, ani za teatrem, z tym że kino mówi do mnie w języku współczesnym, a teatr często przemawia niezrozumiale. Gdybym musiała wybrać, postawiłabym na kino. Co jednak lubię najbardziej? Chyba duży telewizor lub projektor i rzutnik, kino domowe, słodycze i chipsy rozstawione na dywanie, ciepły koc, dobre towarzystwo i wybór dowolnego filmu lub spektaklu, transmitowanego przez telewizję. Do tego najlepiej kakao zimą lub chłodny napój latem. Dlatego tak pociąga mnie wizja kolejnego ENEMEFU(Nocny Maraton Filmowy), organizowanego w naszej szkole - jeden taki już przeżyłam. Czy uważam się z tego powodu za kogoś mniej zainteresowanego kulturą? Nie, skądże. Kultury brakuje tym, którzy zadzierają nosa, tłumacząc mi po raz kolejny, że ludzie słuchający popu to prostacy i nie mają za grosz gustu.

czwartek, 5 stycznia 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK NUMER TRZY, CZYLI JAK JADANO W IMPERIUM

Jakiś czas temu miałam okazję rozmawiać z koleżanką, która wyjechała na wymianę do Turcji z całą swoją klasą. Mieszkała tam u rodziny, która nadal pielęgnuje tureckie tradycje. Do pewnych części domu nie wolno jej było wchodzić. Kiedy opowiadała mi o swoim pobycie w owym kraju, zwróciłam uwagę na to, jak opowiadała o posiłkach. Z fascynacją relacjonowała mi, jak to co wieczór tureckie siostry i ona dostawały ogromne tace pełne różnorakich przekąsek i zajadały się wszystkim po trochu. 

Jej historia zainspirowała mnie do napisania krótkiego posta na temat osmańsiej kuchni. Bo temat jest to ciekawy, choć na pewno go nie wyczerpię. Raczej wspomnę o tym, co najbardziej mnie zainteresowało. Zacznijmy jednak od początku.

W sułtańskim pałacu kuchnia pracowała non stop. Przygotowanie wymyślnych potraw dla rodziny monarchy zajmowało wiele czasu. Mało tego, należało jeszcze sprawdzić, czy aby nie dodano do nich trucizny. Dopiero wtedy mogły trafić na stół padyszacha i innych mieszkańców pałacu.

Tak jak dzisiaj Turcy, tak i mieszkańcy Imperium Osmańskiego jadali rzadziej, ale więcej. Dodatkowo posiłki nie składały sę z jednego dania. Tak jak do pokoju mojej koleżanki, do komnat w pałacu znoszono suto zastawione tace,pełne zup, przystawek i słodyczy, przy czym wszystko było serwowane w małych ilościach. Ogólnie było to ok. 25 potraw. Należało spróbować każdej, co trochę przypomina nasz polski, wigilijny zwyczaj.

Sułtańska rodzina nie jadała razem, jak to bywało na dworach w Europie, gdzie wyprawiano nieustannie uczty, a możni maczali paluchy w tłuszczu, ociekającym z mięs. Każdy spożywał posiłek w swojej komnacie, chyba że ktoś kogoś zaprosił na kolację bądź organizowano przyjęcie z jakiejś okazji. Siadano przy niskich stoliczkach na pufach i poduszkach. Myto ręce, by zadbać o higienę. W trakcie posiłku panowała zwykle cisza. Jedzono dwa razy dziennie - syte śniadanie i ostatni posiłek przed zachodem słońca. W czasie ramadanu (postu) osobom powyżej 10 roku życia (aczkolwiek był od tej zasady wyjątki, np. nie obowiązywała osób chorych, ciężarnych itd.) nie wolno było jeść od świtu do zmierzchu.


Fragment odcinka serialu "Wspaniałe stulecie". Sułtańska rodzina
wspólnie spożywa posiłek.

Co spożywano? Przede wszystkim ryż, tłuszcze zwierzęca oraz słodycze. Najbardziej charakterystyczne potrawy kuchni osmańskiej to chyba lokma, czyli słodkie, małe pączki, rachatłukum - kostki oprószone cukrem pudrem, wyrabiane z mąki ziemniaczanej bądź skrobi oraz cukru, pilawa, czyli coś w stylu poslkiej potrawki z kurczakiem i słynna baklawa - przesłodki deser z ciasta listkowego, przełożonego pokrojonymi orzechami w miodzie lub cukrze (próbowałam, polecam). Pito natomiast wodę,herbatę, trunki (ale w małych ilościach, ze względu na religię), plus naturalnie szerbet - tradycyjny turecki napój z soku owocowego, ziół bądź płatków kwiatów. Potem na scenę wkroczyła kawa, pita chętnie do towarzystwa dla zjadanego rachatłukum i pozostałych słodyczy, co niwelowało jej gorzki smak. 



Baklawa - słodki turecki przysmak

Moje przemyślenia związane z osmańską kuchnią? Cóż, my Europejczycy powinniśmy się uczyć od Osmanów. Dziś ciężko nam zadbać o dietę i płacimy za to sylwetką oraz prblemami zdrowotnymi. Mieszkańcy Imperium umieli delektować się jedzeniem, zamiast opychać się nim do oporu. Jako dziewczyna uważam, że dla każdej kobiety osmański sposób żywienia to wybawienie. Sułtankom dzięki rzadszemu zasiadaniu do stołu i zjadaniu tylko kilku kęsów każdej z kilkunastu potraw łatwiej było dbać o linię. Cieszyły się też zdrowiem, mimo że słodycze spożywały na potęgę. I to jakie słodycze! Mam nadzieję, że nieraz bęzie mi dane skosztować baklawy, bo od pierwszego kawałka zakochałam się w niej na wieki. 


piątek, 2 grudnia 2016

ZAMOŚĆ A RADOM - MOJE DWA MIEJSCA NA ZIEMI

Ten post chciałabym zacząć od opublikowania mojego eseju, napisanego specjalnie na WOK.

ESEJ INSPIROWANY TYTUŁEM
ZBIORU SZKICÓW MIŁOSZA- "ZACZYNAJĄC OD MOICH ULIC"


[…]Kochasz ty dom, ten stary dach,
Co prawi baśń o dawnych dniach,
Omszałych wrót rodzinny próg,
Co wita cię z cierniowych dróg?[…]

         Tak brzmi fragment wiersza „Pieśń o domu” Marii Konopnickiej. Czytelnik podczas jego lektury przywołuje zaraz w myślach obraz swych rodzinnych stron, ukochanego miasta i ojczyzny. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa, którą daje nam rodzina i świadomość, że istnieje takie miejsce na ziemi, do którego zawsze możemy wrócić. Miejsce, w którym się wychowaliśmy. Społeczeństwo, które przyjmie nas z otwartymi rękami.
          Moim azylem na planecie Ziemi, przypisanym mi z racji miejsca zamieszkania, jest Radom. Jesienią i zimą wygląda chyba najpiękniej — dzięki parkom kuszącym kolorowymi drzewami i świątecznym lampkom, których moc wisi w całym mieście.
          Osiedle Michałów, na którym mieszkam od trzeciego roku życia — niegdyś szarobure i pełne nieciekawych typów spod ciemnej gwiazdy — zmieniło się na przestrzeni lat. Straszące brzydotą wieżowce obecnie cieszą oko swymi barwami, trawniki są zawsze przystrzyżone. Ludzie  — kulturalni i życzliwi. Zniknęła gdzieś zbuntowana  młodzież, chuligani i spółki drobnych pijaczków.
          Mój blok mieści się przy ulicy Piastowskiej. Rano, wiecznie spóźniona, biegnę na przystanek. Na ławkach w pobliskim parku widzę stałe grupki starszych pań i panów, narzekających na polską służbę zdrowia. Mijam plac zabaw i sąsiednie budynki. Nowe chodniki z kostki, poprzeplatane tymi starymi, z płyt. To nimi jako mała dziewczynka chodziłam do szkoły, z plecakiem na plecach i workiem na buty w dłoni.
         Radom, moje miasto. Z roku na rok jestem z nim coraz mniej związana. Może dlatego, że wolałam jego starszą wersję? Tę ze starymi fontannami przy deptaku, gdzie jako dziecko zbierałam kasztany, z bazarami i targami, na których kupowało się od handlarek ubrania i obuwie… Wiele oddałabym, by powrócić do tamtych czasów.
        Nie lubię gwaru dużych miast, a Radom w moich oczach stał się w ostatnich latach zbyt wielkim i nowoczesnym obszarem. I choć z ciężkim sercem opuszczałabym rodzinne strony, rozdarta jestem pomiędzy dwoma „małymi ojczyznami”. Tę drugą stanowi Zamość, miejscowość na Lubelszczyźnie, w której od dziecka spędzam każde ferie zimowe i letnie.
        Można powiedzieć, że zakochałam się w tym mieście. Przyczyniła się do tego moja siostra, która po ślubie przeprowadziła się do Zamościa. Pokazała mi jego piękno, tak jak niegdyś pokazywała piękno Radomia. Dzięki niej znam na pamięć wszystkie zamojskie ulice, najlepsze sklepy i najpiękniejsze zabytki. Będąc tam, nigdy nie mówię, że tęsknię za domem — przecież w nim jestem!
        Lubię podróże, ale dobrze jest powracać do domu po długiej nieobecności. Widzieć stary trzepak i wiecznie marudzącego sąsiada. Największą słabością człowieka jest chyba to, że tak łatwo się przywiązuje — nie tylko do ludzi, ale też do miejsc.
       Byłoby dla mnie nie lada wyzwaniem, gdybym miała wybierać między Zamościem a Radomiem. Oba te miasta są nieodłączną częścią mnie, oba ukształtowały moją osobowość. Czytając wiersz Konopnickiej, oczami wyobraźni widzę dwa „stare dachy”. Gdziekolwiek zostanę pochowana, moje serce — podobnie jak serce Chopina, lecz w tym przypadku podzielone na pół — pozostanie w moich dwóch małych ojczyznach.


KONIEC

Fontanny radomskie - te dawne, ukochane przeze mnie...
Zamojska starówka. Moc barw i piękno samo w sobie.

KRĘTYMI ULICAMI, CZYLI WYDEPTANE PRZEZE MNIE DROGI

Radom. Tutaj urodziłam się i wychowałam, chociaż pierwsze kroki stawiałam w okolicznym Piastowie. Dorastałam w zwykłym, szarym wieżowcu, który z czasem jak wszystkie inne został odnowiony - ocieplony i pomalowany. Wokół było sporo zieleni, fajna górka, trochę lasów i szerokie łąki. Z czasem wybudowano na Michałowie dwa place zabaw. Świat poza moim osiedlem zaczął dla mnie istnieć, kiedy ukochane siostry, sprawując nade mną opiekę, często zabierały mnie ze sobą "na miasto", czyli po prostu do centrum. Jako nastolatka rozpoczęłam podróże do nowej szkoły, Publicznego Gimnazjum nr 23 im. Jana Kochanowskiego. Gdyby nie to, nadal tkwiłabym w miejscu. Dziś znam w zadowalającym stopniu najważniejsze ulice i instytucje, w których sama załatwiam własne sprawy. Ze znajomymi czas spędzamy różnie - czasami w kinie, ale głównie spacerujemy po ulicy Żeromskiego, kupujemy słynne zapiekanki, sprzedawane na ulicy. Moniuszki. Wieczorami lub w upalne, letnie dni wybieramy się na Borki, by skorzystać z atrakcji Parku Linowego, popływać rowerkami wodnym bądź kajakami. Niekiedy uczestniczymy w imprezach kulturalnych. Gdy po długiej nieobecności widzę tablicę z nazwą "Radom" i przekraczam granice miasta, moja radośc jest nie do opisania - w końcu wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.


Ale z Zamościem też tak mam. Moja przygoda z tym miastem to niezliczone spacery, zwiedzanie ZOO, zabytków, wypoczynek nad zalewem i okdrywanie zakątków miasteczka na Lubelszczyźnie. Będąc w gościnie u mojej siostry, często opiekuję się moimi siostrzeńcami. Kiedyś spędzałam tam całe ferie i wakacje. Odprowadzałam maluchy do przedszkola, załatwiałam sprawunki i znajdowałam czas na zwiedzanie Zamościa. Dzisiaj znam praktycznie każdy jego zakątek. Wiem dużo o zabytkach. Moja siostra nie musi się o mnie martwić, nie boi się, że się zgubię. 

Gdy wybieram się na wycieczkę po Zamościu - rowerem bądź pieszo- pierwszym przystankiem jest zawsze Kościół św. Michała Archanioła, chyba najładniejszy, jaki widziałam w życiu. Nad ołtarzem widnieje płaskorzeźba, przedstawiająca Jezusa jako pasterza, która niesamowicie do mnie przemawia.

Z kościoła kieruję się na rynek, lecz po drodze mijam targ. Można tam kupić pyszne, świeże warzywa i owoce (oczywiście przede wszystkim latem). Na rynek dojść można trasą obok rzeczki, koło której spotykam kaczki bądź główną ulicą, noszącą nazwę "Wojska Polskiego". Na trasie znajduje się także zadbany, ogromny park. Latem wypożyczam tam gokarty. Wokół parku znajduje się fosa, zaś w jego środku - staw. Po drugiej stronie ulicy mieści się amfiteatr. 

Starówka cieszy oko kolorowymi kamieniczkami i przede wszystkim ogromnymi, białymi schodami ratusza, znanymi ze zdjęć Zamościa w podręcznikach do historii. Zimą przed ratuszem znajduje się lodowisko, gdzie godzinami jeżdżę na łyżwach. Później pędzę po kubek słodkiej jak diabli, gorącej czekolady. 

Z Rynku Solnego na Starówkę, ze Starówki na fontanny, dalej zaś mieszczą się tory i zalew. To oczywiście nie wszystkie moje ukochane miejsca w tym mieście. Tyle jednak o Zamościu - a gdbym jeszcze miała opisywać, jak dobrze bawię się w okolicznym Zwierzyńcu, czy nad rzeką w pobliżu Roztoczańskiego Parku Narodowego!


Miłość do Zamościa pcha mnie w kierunku Lublina, gdzie może w przyszłości będę studiować. To niesamowite, jak duże wrażenie zrobiło na ośmioletniej dziewczynce małe, renesansowe miasto, gdzie czuć jeszcze ducha Jana Zamoyskiego. Tak duże, że potrafię je dziś nazwać swoją małą ojczyzną. 



                        

czwartek, 3 listopada 2016

ROMANS Z SIENKIEWICZEM

Miałam około trzynastu lat, kiedy pierwszy raz obejrzałam w telewizji "Ogniem i mieczem". To było w jakieś narodowe święto, kiedy to zawsze puszczają na TVP Trylogię. Nie miałam pojęcia, co się dzieje na ekranie. Dopiero zaczynałam na poważnie uczyć się historii. Mimo to uważnie przyglądałam się momentom, kiedy pośród obrazów bitew pojawiały się daty lub wymawiano imię króla czy księcia.

Pierwszy zaimponował mi pan Podbipięta. Film oglądałam od momentu kiedy szlachetny rycerz ściął za jednym razem trzy głowy napastników i tym samym dotrzymał złożonego ślubu. Niedługo potem próbował przekraść się przez teren wroga do króla i zginął, zamordowany w okrutny sposób. Wtedy do akcji wkroczył Skrzetuski, kochanek pięknej Heleny.

Nie będę streszczać całej Trylogii, ale opowiem, co mnie w niej szczególnie poruszyło. W "Ogniem i mieczem" historia miłosnego trójkąta - Bohuna, Skrzetuskiego i Heleny. W uszach rozbrzmiewa mi wciąż "Dumka na dwa serca", kiedy wracam myślami do treści tej części wielkiego dzieła Sienkiewicza.



Moją pierwszą miłością przed Bohunem i Skrzetuskim jest jednak Michał Wołodyjowski. Mały rycerz zaimponował mi już sceną pojedynku z hardym Kozakiem. Kiedy wysadził twierdzę w Kamieńcu, chcąc dopełnic ślubu i nie zdradzić samego siebie, z oczu płynęły mi łzy.



"Potop" najmniej poruszył moje serce. Nie przemówiła do mnie zupełnie postać Oleńki, Kmicic natomiast w pewien sposób zaimponował mi, lecz jego historia nie zapadła mi zbytnio w pamięć.

Do śmierci pamiętać będę, jak na moich oczach ginął Azja Tuhajbejowicz, jak wbijano go na pal. Aż wstyd przyznać, ale okrucieństwo tamtej epoki budzi we mnie dreszczyk emocji. Tak to chyba już jest - szczególnie młodzi chłopcy marzą o wojnie, czytając książki o rycerzach, a gdy wojna przyjdzie, przeklinają ją.

W Trylogii odnalazłam świat, którego szukam. Do granic niedzisiejsza, pragnę móc choć czytać o niesamowitej, czystej miłości, o honorowych mężczyznach, tak niepodobnych do dzisiejszych jednostek, pretendujących do miana "samców", a nie potrafiących nawet przepuścić kobiety pierwszej w drzwiach. Kiedy gubię się w świecie elektroniki i ulicznego gwaru, zamykam oczy i pozwalam przenieść się do krainy, gdzie błyszczą czarne jak węgle, kozackie oczy Bohuna, gdzie pan Michał całuje swoją Basieńkę, Jarema Wiśniowiecki podkręca nerwowo wąsa, a hordy Tatarskie przemierzają stepy na swych koniach...

Niektórzy mówią, że Sienkiewicz pisał  nudno, ale nie zgadzam się z tym. To po prostu dzisiejszemu społeczeństwu brak czasu i cierpliwości, by smakować każde słowo, które wyszło spod pióra naszego wielkiego Henryka.



[...]Przez kurhany spopielałe 
Przez chutory w ogniu całe 
Snu już nie znam, step odmierzam 
By odnaleźć Cię.



Jakże pytać mam księżyca ? 
On się kocha w Twych źrenicach 
Słońce zgoni, step zasłoni 
Nie odnajdę Cię 



Mój miły...


Jakże pytać mam Kozaka ? 


Co na miłość chorą zapadł 


On by z żalu świat podpalił 
Gdyby stracił...


Cię...

Mnie...[...]