sobota, 3 czerwca 2017

POST NA POŻEGNANIE

Przez cały rok w ramach projektu na zajęcia z kultury prowadziłam tego bloga, by podzielić się z czytelnikami swoją wiedzą i doświadczeniami. Pisałam o swoich wycieczkach, o tym, jak przeżywam różne święta, o wybitnych postaciach i o swojej pasji - Imperium Osmańskim. Ten post będzie ostatnim postem, postem pożegnalnym.

Nadchodzą wakacje, czas wypoczynku. Są one wspaniałą okazją do poznawania nowych krajów, miast, kultur i tradycji. Dla mnie będą również okresem przeznaczonym na podszkolenie umiejętności językowych. Zamiłowanie do podróżowania skłoniło mnie do myślenia o studiach na kierunku "Turystyka i rekreacja". Mam nadzieję, że moje marzenia się spełnią.

Tymczasem przede mną wycieczka klasowa do Włodawy, nad Jezioro Białe, do Kostomłotów i Sobiboru. W wakacje wyjeżdżam na oazę do Sandomierza. Choć już raz byłam w tym mieście, z chęcią zobaczę je jeszcze raz. Odwiedzę też z pewnością mój ukochany Zamość. Plany na następne wakacje? Polskie morze!

Na świecie tyle kultur, tyle miejsc do zobaczenia, które - w co głęboko wierzę - przyjdzie mi jeszcze zobaczyć. Tymczasem dobrze mi tutaj, w Polsce. Bo może to faktycznie jest tak, że "cudze chwalicie, swego nie znacie". Życzę wszystkim wspaniałych, gorących i obfitych we wrażenia wakacji!



piątek, 26 maja 2017

MAMA, MAMUSIA!



Codziennie wstają o świcie, przygotowują śniadanie dla całej rodziny, sprzątają, robią zakupy. Wysyłają dzieci do szkół, bawią się z nimi, zaprowadzają na zajęcia i odbierają je z nich. Wysłuchują lamentów przedszkolaków, płaczu nastolatków i skarg dorosłych dzieci. Mowa oczywiście o matkach, których święto obchodzimy dziś w Polsce.






W Polsce Dzień Matki zaczęto celebrować dosyć późno. Pierwszy raz świętowano 26 maja w 1914 roku w Krakowie. Od tamtej pory co roku mamy są obdarowywane przez swoje pociechy kwiatkami, laurkami, słodyczami czy innymi upominkami, na przykład wykonanymi ręcznie prezentami.

Zwyczaj obchodzenia tego święta we Francji wprowadził Napoleon. W 1950 roku oficjalnie ustanowiono Dniem Matki ostatnią niedzielę maja.

 W Indiach święto Durga Puja jest dedykowane przede wszystkim Matce Bogów Durga i Wielkiej Matce Kali Ma. Było ono znane w Indiach od bardzo dawnych czasów, jednak nie jako Dzień Matki. Od niedawna zaczęto praktykować także ten zwyczaj, który bardzo szybko się rozpowszechnia. Hinduskie święto obchodzone jest w drugą niedzielę maja.

 W krajach wyspiarskich – Wielkiej Brytanii i Irlandii, mamie dziękowano już od dawna, bo od XVII wieku, zawsze w czwartą niedzielę Wielkiego Postu. Dlaczego nazywano ten dzień „matczyną niedzielą”? Dawał on możliwość dzieciom wysłanym na służbę do innych państw odwiedzenia swojej parafii w celu oddania czci Matce Boskiej, a przy okazji spotkania się z własną mamą. W kolejnym wieku tradycja ta zanikła, jednak po drugiej wojnie światowej Dzień Matki wrócił do kalendarzy.


W Australii i Kanadzie, gdzie Dzień Matki przypada na drugą niedzielę maja, utrwalił się zwyczaj przypinania goździków do ubrań. Znaczenie ma ich kolor. Kolorowe symbolizują to, że matka tej osoby żyje, a biały, że zmarła. W Kanadzie Dzień Matki to jedno z najpopularniejszych świąt, zaraz po Bożym Narodzeniu i Walentynkach. Podobnie świętuje się ten dzień w Republice Południowej Afryki.


Włosi to naród kojarzony z tradycyjnego traktowania rodziny. Celebrowanie wspólnych posiłków, długie godziny spędzone razem – to właśnie z tego są znani. Również Dzień Matki jest u nich ważnym świętem. Z tej okazji piecze się specjalne ciasteczka w kształcie serca, a także zastępuje mamę we wszystkich obowiązkach. Często spotykanym zwyczajem jest również uroczysty obiad w restauracji. Święto to przypada, podobnie jak w kilku innych krajach na drugą niedzielę maja.

W krajach dawnej Jugosławii dzieci nie wypuszczają mamy z łóżka, czekając aż ta przekupi je słodyczami. W zamian wyręczają ją w codziennych zadaniach, by jak najdłużej, jak wskazuje nazwa, mogła zostać w łóżku.


 W USA, przypadający na drugą niedzielę maja, Dzień Matki to także idealna okazja dla właścicieli wielu firm, na wzrost sprzedaży. Statystyki wskazują na rekordowe sumy wydawane na prezenty dla mam – kartki, kwiaty, ubrania, biżuteria, ale także vouchery do SPA, a nawet większe sprzęty elektroniczne czy akcesoria domowe.


 Pierwszego dnia wiosny, Dzień Matki świętują mieszkańcy Egiptu czy Jordanii wręczając mamom z tej okazji kwiaty, czekoladki lub jak Amerykanie zaproszenia do SPA. Ortodoksyjni, nieakceptujący wpływów kultury zachodu nie uznają jednak tego święta. Uważają, że okazywać szacunek matkom powinno się przez cały rok.



Jakkolwiek nie świętowalibyśmy Dnia Matki, niezależnie od tego, kiedy przypada to święto, dobrze, że ktoś docenił rolę matki i je wymyślił. Bo któż z nas poradziłby sobie w życiu bez matczynej miłości? Należy współczuć tym, którzy z różnych powodów nie mieli okazji jej doświadczyć.

czwartek, 18 maja 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK,SIÓDMY I OSTATNI - GDZIE SIĘ PODZIALI OSMANOWIE?

Imperium Osmańskie stało się Republiką Turcji, to już wiemy. Lecz co stało się z potomkami dawnych sułtanów? Czy ród Osmanów wygasł?

Niecałe półtora roku po obaleniu sułtanatu Zgromadzenie Narodowe zadało Osmanom ostateczny cios. Na posiedzeniu ogłoszono zniesienie kalifatu i podjęto uchwałę o wypędzeniu z kraju wszystkich członków rodziny osmańskiej. Sułtan Mehmed VI już w 1922 r. opuścił Stambuł na pokładzie brytyjskiego okrętu „Malaya” – najpierw dotarł na Maltę, później osiadł w San Remo. Tam zmarł w 1926 r., a pochowano go w Damaszku. W 1924 r. mężczyznom z rodziny dano na opuszczenie kraju od 24 do 72 godzin. Kobiety, mimo że prawo nigdy nie przewidywało dziedziczenia w linii żeńskiej, również musiały wyjechać z Turcji po upływie od 7 do 10 dni. Państwo założone przez swoich przodków opuściło w sumie ok. 120 osób. Członkowie rodziny osmańskiej rozjechali się po świecie, osiedlając m.in. we Francji, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych i krajach Bliskiego Wschodu. Abdulmecid II (ostatni kalif i teoretycznie następca Mehmeda VI) zmarł w Paryżu w 1944 r., a jego zwłoki przewieziono do Arabii Saudyjskiej i pochowano w Medynie.
Kobietom na powrót do kraju pozwolono w 1952 r., a mężczyznom w 1974 r. Po ogłoszeniu amnestii wielu członków rodziny osmańskiej otrzymało obywatelstwo i paszporty Republiki Tureckiej; część zamieszkała na powrót w Turcji.

Nie, ród Osmanów nie wygasł. Jego potomkowie wciąż żyją. Funkcjonuje nawet pozycja "głowy Domu Osmanów". Chodzi tu o najstarszego mężczyznę w rodzie. Obecnie (od 2017 roku)  funkcję 45. z kolei "głowy" piastuje osiemdziesięciosześcioletni  książę Dündar Aliosman Osman VI.

Na zdjęciu Osman Bayezid, 44. głowa Domu Osmanów, zmarły w 2017 roku


Zmarła w 2012 roku Neslisah Sultan była natomiast ostatnią prawowitą sułtanką, wnuczką ostatniego sułtan i księżniczką egipską (poprzez małżeństwo).






Ród Osmanów obfituje również w młodych członków, więc jeszcze długo będziemy o nim słyszeć.


Najmłodsi członkowie rodu Osmanów, zamieszkali w USA


środa, 10 maja 2017

SZÓSTY SUŁTAŃSKI RODZYNEK - KRÓTKO I NA TEMAT

Ostatnio pisałam o obaleniu sułtanatu i stworzeniu Republiki Turcji oraz o zmianach, które tym procesom towarzyszyły. Przyszło mi na myśl, by polecić pewną książkę, którą znalazłam niegdyś w szkolnej bibliotece, a która wywarła na mnie ogromne wrażenie.



Książka jest autorstwa Orhana Pamuka i nosi tytuł "Muzeum niewinności". W Internecie krąży taki jej opis:

"W kamienicy Zmiłowanie potajemnie spotyka się para kochanków i w pełnych namiętności chwilach odkrywa smak miłości i grzechu. Füsun ma zaledwie osiemnaście lat i oczarowuje młodzieńczym wdziękiem i urodą. Trzydziestoletni Kemal, który nie potrafi oprzeć się pożądaniu oraz fascynacji niewinnością dziewczyny, szykuje się właśnie do zaręczyn z piękną Sibel…

Tłem wydarzeń i zarazem jednym z bohaterów tej kunsztownie opowiedzianej historii miłosnej staje się rodzinne miasto Orhana Pamuka, znane z olśniewającej autobiografii Stambuł. Wspomnienia i miasto. Przesiąknięty nostalgią, melancholijny, dramatycznie rozdarty między przeszłością a teraźniejszością Stambuł ponownie urzeka czytelników swym magicznym, niepokojącym pięknem."

Owszem, powieść Pamuka jest swego rodzaju romansem, opowieścią o trudnych wyborach, nieszczęśliwej miłości, ale też...o polityce. Kulturze. Tradycji. W "Muzeum niewinności" poznajemy dwa oblicza nie tylko Stambułu, ale też Turcji w ogóle. Poznajemy poglądy różnych pokoleń - tych żyjących nadal w duchu kultury Imperium Osmańskiego i tych liberalnych, urodzonych w republice i jej wiernych. Dzieło Pamuka to nie tylko rzewna powiastka o życiu, ale gorąca, ostra polemika tradycji z nowoczesnością. Dla kogoś, kto interesuje się kulturą i historią Turcji ta pozycja książkowa to prawdziwa gratka i swoisty "must have". 

niedziela, 30 kwietnia 2017

PIĄTY SUŁTAŃSKI RODZYNEK - ŻEGNAMY SUŁTANAT

Poruszyłam już kilka interesujących tematów, związanych z krajem Osmanów. Pora przyspieszyć i przenieść się do czasów, gdy na świat przyszedł Mustafa Kemal Pasza. W dzisiejszym poście prześledzimy drogę Turcji od sułtanatu do republiki.


Każdy licealista zna imię Atatürka, czyli "ojca Turków" w dosłownym tłumaczeniu. Pierwszy prezydent Republiki Tureckiej urodził się w 1881 roku w Salonikach, jako członek rdzennie tureckiej i bardzo ubogiej rodziny. Posłano go do wojska, by zapewnić mu lepszą przyszłość. Tak rozpoczęła się błyskotliwa kariera młodego Mustafy. Zasłynął podczas walk o Dardanele ( I wojna światowa) i został dowódcą 5. Armii w Damaszku.



Mustafa Kemal Pasza

Po zakończeniu I wojny światowej i podpisaniu kapitulacji, istnienie wielkiego imperium stanęło pod znakiem zapytania. Mustafa Kemal opowiedział się przeciwko sułtanowi. Został za to skazany na śmierć. W 1919 roku wydał swoją pierwszą odezwę, wzywając wszystkie siły tureckie do obrony Anatolii.




Kemal otwiera obrady Wielkiego Zgromadzenia Narodowego w Turcji


Wbrew sułtanowi zorganizował w kwietniu 192O roku wybory do Zgromadzenia Narodowego. Ignorując wszelkie zalecenia i rozkazy płynące ze Stambułu, stanął na czele Rządu Tymczasowego. W listopadzie 1922 roku doprowadził do obalenia sułtana, stworzył republikę i został jej pierwszym prezydentem. W 1923 roku ogłosił, że nową stolicą kraju będzie Ankara.


Mustafa Kemal Pasza zwrócił się ponoć do członków pierwszego parlamentu tymi słowami:
"Władzę zdobywa się siłą, przemocą i przymusem. Osmanowie zdobyli przymusem władzę nad narodem tureckim. Sprawili, że to bezprawie trwało sześć wieków. Obecnie jednak naród turecki, uznawszy, że dość ma ciemiężycieli, powstał przeciwko nim i przejął władzę w swoje ręce".






Ostatni sułtan Imperium Osmańskiego, Mehmed VI



Atatürk włożył ogromny trud w budowę swojego państwa. To dzięki niemu w Turcji wprowadzono kalendarz gregoriański i alfabet łaciński. Oczyszczono język turecki ze słów pochodzenia arabskiego. Ważną zmiana było też wprowadzenie nazwisk.Ograniczono ingerencję islamu w politykę państwa. Zaczął obowiązywać kodeks karny, wprowadzono obowiązkowe nauczanie kobiet, a także ustawy gwarantujące im równość społeczną i polityczną.




Dzisiaj dostęp do edukacji w Turcji mają zarówno chłopcy, jak i dziewczynki- panuje równouprawnienie.



Pierwszy prezydent Turcji pewnie przewraca się w grobie, patrząc na to, co obecnie dzieje się w Turcji, zaś Sulejman Wspaniały śmieje się w głos. Wygląda na to, że Erdogan, w którego rękach spoczywa władza, chciałby zostać sułtanem. Podziwiam barwną historię i kulturę Imperium Osmańskiego, ale dzisiejszy świat wyrósł już z monarchii. Erdogan jakby zupełni tego nie rozumiał! Czy zreformowana kulturowo i politycznie Turcja, od lat siostra bliźniaczka innych państwa europejskich może ponownie stać się ziemią jednego tyrana? Odpowiedź na to przyniesie przyszłość. 




czwartek, 20 kwietnia 2017

Wielkanoc - hit czy kit?

Święta Wielkiej Nocy to jedne z dwóch najbardziej wyczekiwanych przez katolików w roku świąt. O Bożym Narodzeniu już teraz mówi się, że stało się świętem komercyjnym. Z przykrością należy stwierdzić, że tuż przed Wielkanocą rusza machina z kurczaczkami, zajączkami i pisankami na sklepowych półkach. Czy jednak w tym radosnym czasie ludzie istotnie skupiają się tylko na myciu okien, lukrowanej babce i "zaliczeniu" wizyty u teściów? Jak to jest z nami, Polakami - bliska naszym sercom jest tradycja, czy może już zapomnieliśmy, co jest jej istotą?



Odkąd pamiętam, Wielkanoc napawała mnie większą radością, niż Boże Narodzenie. Pod względem duchowym o wiele bardziej przeżywałam wiosenne święta - sama nie wiem, czemu. Tegoroczne były jak zwykle magiczne, spędzone w licznym gronie rodzinnym. Opowiem dziś o nich jak najkrócej potrafię.


Wszystko zaczęło się od Niedzieli Palmowej. W mojej parafii jest ona od kilku lat obchodzona hucznie - księża sprowadzają osiołka, odbywa się przedstawienie, a zebrane dzieci i dorośli wymachując palemkami, krzyczą: Hosanna! I tu znów pojawia się pytanie: hit czy kit? Osobiście uważam, że hit. Żyjemy w czasach, w których promuje się  naukę poprzez zabawę. Dlaczego więc nie mielibyśmy przybliżać dzieciom historii  Jezusa w przystępny i atrakcyjny dla nich sposób?



Triduum Paschalne co roku wzbudza mój zachwyt. Przeżywając co roku te same nabożeństwa, wciąż nie mogę się nadziwić ich pięknu. Jako oazowiczka mam styczność z przygotowaniami do tych uroczystości. W zeszłym roku oraz dwa lata temu śpiewałam w chórze, wspomagając grupkę "altów" własnym głosem. Czytałam również jedno z czytań przewidzianych na Wielką Sobotę. Doskonale je pamiętam - opowiadało o stworzeniu świata. Zeszły rok wiązał się  również z przygotowaniami do Światowych Dni Młodzieży. Osobiście wnosiłam krzyż Światowych Dni Młodzieży do kościoła, by później czuwać przy nim wraz z reszta młodzieży prawie do rana.


A jak było w tym roku? Cóż, już nie śpiewałam w chórze i nie byłam tak zaangażowana w liturgię. Mam nadzieję, że za rok naprawię ten błąd, bowiem była to dla mnie wielka strata. Mimo to wszystkie trzy nabożeństwa dały mi do myślenia. Rozważanie Męki Pańskiej jak zwykle skłaniało do refleksji nad mocą naszej wiary, stosunkiem do bliźniego i Stwórcy. Myślę, że w te trzy dni w roku klęka się, mówi "Amen" i śpiewa pieśni w zupełnie inny sposób, niż przez resztę roku liturgicznego...






W Wielką Sobotę w moim domu pojawili się pierwsi goście z innego miasta. Była to siostra z dwójką dzieci.Ten dzień spędziliśmy razem, głównie na pokazywaniu moim siostrzeńcom różnych zakamarków Radomia, zabawie na basenie i przygotowywaniu ostatnich kulinarnych specjałów. Rankiem ksiądz poświęcił pokarmy w naszym koszyczku, a wieczorem uczestniczyliśmy w nabożeństwie światła i wody. 




To był pierwszy rok, w którym nie uczestniczyłam w rezurekcji. Znużona przedświątecznym sprzątaniem, sobotnią wizytą w kościele i opieką nad maluchami, nie zdołałam wstać na 6 rano. O godzinie 9, gdy dołączył do nas brat z rodziną, zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego. Nie obyło się bez modlitwy, konsumpcji cukrowych baranków, białego barszczu i innych potraw. W Wielką Sobotę przygotowałam pisanki- wydrapywanki ( jajka gotowane w cebuli, na których później wydrapuje się wzory, np. przy użyciu żyletki, igły itd.), które spożyliśmy na śniadaniu. Dzieliliśmy między siebie potrawy z koszyczka i objadaliśmy się, rozmawiając o rzeczach ważniejszych i mniej ważnych.


W kościele na mszy dla dzieci spotkaliśmy się z resztą rodziny. Świątynia pękała w szwach, ledwo znaleźliśmy miejsca. Po mszy całą familią wróciliśmy do domu. Ponieważ mam pięcioro rodzeństwa (czworo świętowało w moim domu, jeden z braci mieszka na stałe w Anglii), a przybyło ono z rodzinami, to jest również z małymi dziećmi, nasz dom szybko stał się gwarnym miejscem. Już po śniadaniu było mi niedobrze z przejedzenia, ale dzielnie zjadłam obiad i oddałam się słodkiemu lenistwu. Jak to zwykle bywa, śmialiśmy się głośno i dyskutowaliśmy o wszelakich sprawach. Typowo rodzinne święta...






Szybko minęło, zostały brudne talerze i pustka, gdy już wszyscy poszli. Ale nie pustka w sercach! Wielkanoc żyje we mnie cały rok. Radość ze Zmartwychwstania Chrystusa rodzi się we mnie przed północą, w Wielką Sobotę, gdy przy akompaniamencie gitary nasz chór intonuje: "Oto są baranki młode..." bądź drugą moją ulubioną pieśń - "Zmartwychwstał Pan, i żyje dziś...". Patrzę wtedy na tych wszystkich ludzi, zgromadzonych w kościele i nie wierzę, że są tu tylko po to, by sąsiedzi nie gadali, by "zaliczyć" kolejne święta. Zbyt głośno śpiewają, zbyt radośnie życzą sobie "Wesołego Alleluja!". Zostawiają swoje kurczaczki i zajączki w domach, by wyjść na spotkanie tradycji i religii. Nadal, mimo etykietki święta komercyjnego, jaką przylepiono Wielkanocy, Polacy pokazują, że to nie tak - że wciąż wiedzą, co naprawdę ważne.










poniedziałek, 13 marca 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK NUMER CZTERY - CZYM BYŁY TAJEMNICZE "ZŁOTE KLATKI"?

Historia często nas zaskakuje. Spoglądając wstecz, niekiedy nie rozumiemy decyzji władców i buntujących się ludów. Nie przemawiają do nas rozwiązania sprzed wieków. Dzisiaj sprawą zamykania kogoś w tzw. "złotych klatkach" zainteresowałaby się niejedna organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka.

W Imperium Osmańskim obowiązywało trudne prawo. Władzę po zmarłym sułtanie przejąć mógł w zasadzie każdy męski członek dynastii. Poddani i dworzanie mieli swoich faworytów, nie zawsze najzdolniejszych czy najsilniejszych. Dochodziło do spisków, intryg, walk o tron, które zaczęły rozgrywać się również między braćmi.

Żeby zyskać władzę, jeden z książąt musiał zapewnić sobie poparcie janczarów, zająć stolicę oraz skarbiec. Gdy już tego dokonał, najczęściej próbował wyeliminować z gry pozostałych braci. Czuł, że stanowią dla niego zagrożenie. Prawdziwa plaga bratobójstwa rozpoczęła się wraz z dekretem Mehmeda II Zdobywcy:

Którykolwiek z moich potomków odziedziczy z woli Allaha tron sułtana, powinien zabić swoich braci w interesie zachowania porządku na świecie. Większość ulemów zgadza się z tym, niechajże, więc takoż się dzieje.

Mehmed II Zdobywca


 Bratobójcą-rekordzistą był Mehmed III, który po wstąpieniu na tron uśmiercił swoich 19 braci.


19 trumien opuszcza pałac Topkapi - kadr z serialu "Wspaniałe stulecie: Sułtanka Kosem"


Z czasem zaczęto zastanawiać się, co by było, gdyby sułtan wymordował braci i umarł śmiercią nagłą, bezpotomnie. Ciągłość władzy w Imperium musiała zostać utrzymana. Dlatego za czasów sułtana Ahmeda wprowadzono tzw. "złote klatki". Były to pomieszczenia zamieszkiwane przez braci panujących władców. Usługiwali im głuchoniemi, więźniowie nie mogli się kształcić, mieli nikły kontakt z własną rodziną. Brat Ahmeda, Mehmed, bardzo ucierpiał z powodu długoletniej niewoli w takiej "kafes", tj. klatce. Jego zdrowie psychiczne zostało zrujnowane. W rezultacie wstępując na tron mężczyzna ten nie był przygotowany ani zdolny do sprawowania władzy. Szybko go od niej odsunięto...

 Mordowanie brata przez brata, syna przez ojca i ojca przez syna - tak wyglądały realia życia sułtańskiej rodziny. Z jednej strony wydaje nam się, to drastyczne, z drugiej wprowadzenie "złotych klatek" doprowadziło do upadku Imperium Osmańskiego.  Władzy nie sprawowali już bowiem kolejno silni zwycięzcy walk o tron, lecz męscy potomkowie rodu Osmanów o słabym zdrowiu, słabym wykształceniu bądź niezdolni do efektywnego i samodzielnego  rządzenia państwem.


Link do fragmentu serialu "Wspaniałe stulecie", przedstawiającego scenę bratobójstwa - syn Sulejmana Wspaniałego, Selim, rozkazuje zamordować księcia Bajazyda i jego małych synów (wydarzenia autentyczne). Bardzo polecam to nagranie, potrafi przyprawić o dreszcze i wzbudzić refleksje na temat okrucieństwa i bezwzględności systemów prawnych muzułmanów...Sama niejednokrotnie płakałam, oglądając ten straszny proceder:

https://www.youtube.com/watch?v=DjQhWG5KsrQ

(w ustawieniach trzeba włączyć polskie napisy)

Link do fragmentu tegoż samego serialu. Tym razem oglądamy scenę śmierci księcia Mustafy, którego sułtan Sulejman skazał na śmierć w wyniku intryg sułtanki Hurrem. Książę był niewinny, a zginął tylko dlatego, że był rywalem dla dzieci Hurrem w walce o tron. Sułtanka nie wierzyła jego zapewnieniom o miłości do braci i o tym, że ich nie skrzywdzi:

https://www.youtube.com/watch?v=WVrd9tO8M4g

(tym razem można skorzystać wyłącznie z angielskich napisów, ale chodzi mi tu bardziej o grę aktorską, konstrukcję tej pięknej i strasznej sceny)





czwartek, 23 lutego 2017

COFAMY ZEGAREK O GODZINĘ, CZYLI O MOJEJ WIZYCIE W ANGLII

Tegoroczne ferie zaplanowałam już dawno. Brat, który od ośmiu lat mieszka w Anglii ze swoją rodziną, kupił mi bilety i zasadniczo wszystko było gotowe już w grudniu. Jedenastego lutego o piątej pięćdziesiąt całkiem samiutka wyleciałam samolotem linii WizzAir z lotniska Chopina w Warszawie, by ok. 8 wylądować w Birmingham. Stamtąd odebrał mnie mój brat i rozpoczęłam swoją 10-dniową przygodę.

Na zdjęciu charakterystyczne, czerwone budki telefoniczne.




Takie taksówki jeżdżą po ulicach miasteczka Coventry.











Większość czasu spędzałam z rodziną, w domu ale nie zabrakło też spacerów. W urokliwym Wolverhampton (oddalonym od Birmingham, czyli drugiego największego zaraz po Londynie miasta w Anglii o ok. 2 h drogi)  miałam okazję zobaczyć ludzi o różnych kolorach skóry, przedstawicieli kilku narodów- białych, Hindusów, Arabów itd. Byłam w polskim kościele katolickim, polskim sklepie, a na Polonię natykałam się praktycznie wszędzie. Wędrowałam, podziwiając śliczne angielskie osiedla, te charakterystyczne, czerwone domki, przed którymi zaczęły już rosnąć żonkile. W czasie wizyt w sklepach czy w szkole dzieci mojego brata popróbowałam moich sił w angielskim, ale w praktyce dogadanie się z Anglikiem, mówiącym płynnie i szybko okazało się zbyt trudne. 

W niedzielę tuż przed moim wyjazdem udałam się na wycieczkę do Coventry. Zobaczyłam tam ruiny słynnej katedry, zniszczonej w I wojnie światowej, zwiedziłam Muzeum Herberta, odwiedziłam wesołe miasteczko i zobaczyłam trochę zabytków, napotkanych po drodze. Jeżeli chodzi o samą katedrę, wchodziłam nawet na starą, omszałą wieżę - byłam ponad dzwonami. Pokonałam w tym celu 180 schodów. Widok z góry był warty bólu w nogach. W Muzeum, do którego wstęp był bezpłatny, zwiedziłam kilka wystaw. I tak zobaczyłam ekspozycję zabytkowych zegarów z kukułką, poznałam historię zbombardowania tego miasteczka, obejrzałam czaszki zwierząt, stare urządzenia elektryczne, stroje z minionych epok. Bardzo zaciekawiła mnie również wystawa na temat żywiołów, obfitująca w stanowiska do eksperymentowania i do zabaw tematycznych dla całej rodziny. Moją uwagę przykuły również portrety, prezentowane w ramach ekspozycji "Face to face", czyli "twarzą w twarz". Można było tam przebrać się w ciekawe stroje, charakterystyczne dla kultur Anglii minionych wieków.


Ruiny katedry w Coventry. Na zdjęciu nie widać co prawda wysokiej
wieży, ale klimat tego miejsca jest nie do opisania, jeśli komuś choć odrobinę działają
na wyobraźnię omszałe mury sprzed wieków...


Na ekspozycji w muzeum prezentowano czaszki zwierzęce.
Pianino należące niegdyś do George'a Eliota.
Rzeźba na placu przed zabytkową katedrą w Coventry,
zmuszająca do przemyśleń na temat okrucieństwa
I wojny światowej i ofiar, które pochłonęła.
Zabytkowa maszyna do pisania. Ponieważ pisanie to mój konik,
oglądanie takich cudów sprawiło mi ogromną przyjemność.
Na ekranach muzealnych wyświetlano filmy, opowiadające
historię zbombardowania i rekonstrukcji katedry w Coventry.

Wspomniane zabytkowe zegary. Ich tarcze cieszą oko barwnymi
zdobieniami, stylem cyfr oraz napisami.

Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, gdzie jest lepiej - w Anglii czy w Polsce. Wiem tylko, że w United Kingdom dotknęłam czegoś niesamowitego, poczułam na własnej skórze klimat życia na tamtejszych terenach. Przez 10 dni jadłam chleb smakujący zupełnie inaczej, w uszach szumiał mi angielski i poznałam inny rodzaj egzystencji - spokojne życie bez pośpiechu, który w Polsce jest wszechobecny. U nas dzieci w szkole są już niekiedy o szóstej, targając ze sobą dwudziestokilogramowe plecaki i zaraz po lekcjach siadają do odrabiania lekcji. Tam dzieci do szkoły idą na dziewiątą, do szkoły noszą dwa zeszyty zamknięte w plastikowej torbie, nazywanej "school bag", a pracę domową zadaje im sie raz na tydzień. Tam rodizny jedzą wspólne posiłki, a u nas nawet śniadanie jedzone jest w pośpiechu, wlewa się w siebie filiżankę kawy i pędzi się przed siebie. Co z tego, że tam nie ma słońca? U nas jest, a nie mamy czasu go dostrzegać. Bardzo cieszę się z powrotu do ukochanej ojczyzny, ale wiem, że będę tęsknić za rodziną, spokojem i nawet za tym, że kierownica w angielskich autach zamontowana jest po drugiej stronie.


Angielskie osiedle - widok z balkonu. Na zdjęciu
widac dobrze czerwone domki. 

Szara wiewiórka, która przemknęła mi przed nosem w trakcie spaceru.
Te zwierzątka o rudej barwie sierści w Anglii są znacznie rzadziej spotykane.

czwartek, 9 lutego 2017

KINO CZY TEATR, OTO JEST PYTANIE...

Pewnego dnia zadałam sobie pytanie: czy ja wolę kino, czy teatr? Nie umiałam odpowiedzieć od razu.
Przemyślałam sprawę i w końcu doszłam do pewnego wniosku, ale o tym za chwilę.

Odkąd pamiętam, czułam awersję do języka polskiego. Jestem córką polonistki, umiałam czytać w wieku trzech lat, mam dobry słuch muzyczny, kocham wycieczki do muzeów i sztukę w sensie ogólnym, ale zawsze męczyło mnie to, że jeśli nie popisałam się znajomością najznakomitszych dzieł Mozarta, ludzie krzywili się gdy twierdziłam, iż podoba mi się muzyka klasyczna. Tak samo jest z filmem. Lubię oglądać filmy, ale nie znam ekranizacji komiksów Marvela, nie mam zielonego pojęcia o polskich, znanych filmach z lat dziewięćdziesiątych czy innych. Mam też świadomość tego, że nie starczy mi życia na nauczenie się na pamięć nazwisk słynnych malarzy i jednoczesne zagłębienie się w kino, teatr itd., czyli słowem - zdobycie kompletnej wiedzy o wszystkim. Szydzenie ze mnie przez innych ludzi tylko z tego powodu, że nie znam klasyków, a podoba mi się coś mniej znanego bardzo zniechęca do obcowania z kulturą.

Jeżeli chodzi o teatr, nie bywam w nim często. Myślę, że dla przeciętnego człowieka przygoda z teatrem rozpoczyna się wtedy, gdy pójdzie on do szkoły. Nawet małe dzieci chodzą na wycieczki klasowe na spektakle. Mało który nastolatek bywa w teatrze sam z siebie, chociaż przyznam, że znam miłośników tej formy spędzania wolnego czasu. Ja w teatrze również bywam wtedy, gdy idziemy na sztukę całą klasą. Dotychczas kilkakrotnie odwiedzałam warszawską "Romę", widziałam tam trzy opery i parę spektakli w teatrze radomskim. Na niektóre wybrałam się sama, bo albo wygrałam bilet na spektakl w konkursie literacki, albo otrzymałam go od kogoś w prezencie itd. W wyprawie do teatru najbardziej podoba mi się klimat owej wycieczki. Kiedy w ramach WOK-u wybieramy się całą klasą na przedstawienie, wszyscy nagle poważnieją - chłopcy wkładają koszule i garnitury, a dziewczyny zakładają wieczorowe sukienki, układają ładnie włosy i pozwalają sobie na wieczorowy, nieco mocniejszy makijaż. Słowem, wszyscy wyglądają jak z okładki żurnalu. W takich strojach nikt nie robi z siebie małpy, wszyscy zachowują się jak na wizytę w teatrze przystało. Siadamy obok siebie w miękkich fotelach, a w przerwie dyskutujemy na temat sztuki. To wszystko szalenie pociąga i rekompensuje szkody wyrządzone przez nawet najbardziej beznadziejne spektakle.






Teraz słowem o kinie. Do kina przeciętny człowiek chadza częściej, niż do teatru. Ja rzadko bywam i tu, i tu - również z powodów finansowych, bowiem nie dysponuję własnym kieszonkowym. Jeżeli natomiast zbliża się premiera "Gwiezdnych Wojen", nie waham się ani chwili. Jako mała dziewczynka bywałam w kinie non stop, w ramach wycieczek klasowych. Oczywiście na bajkach, więc nie ma o czym mówić. Ale wszystkie te wizyty wspominam bardzo przyjemnie. Obecnie często wybieramy się na filmy całą szkołą, co trochę mi przeszkadza. Nastolatkowie mają tendencję do gadania i szeleszczenia wszystkim, co popadnie podczas seansu- nieważne, czy to film o wojnie, czy komedia. To naprawdę męczy. W kinie czuję się całkiem dobrze, ale po pewnym czasie usypiam, a moje oczy szybko się męczą, zwłaszcza na filmach akcji.  A już naprawdę nie przepadam za filmami w 3D. Jeśli jednak mam obok siebie dobrych przyjaciół, trochę popcornu i colę w ręku, da się to wytrzymać. Podsumowując, lubię kino, ale nie szaleję na jego punkcie. Nie jestem pewna, czy to właśnie tam chciałabym chodzić na randki...



Wniosek? Nie przepadam jakoś specjalnie ani za kinem, ani za teatrem, z tym że kino mówi do mnie w języku współczesnym, a teatr często przemawia niezrozumiale. Gdybym musiała wybrać, postawiłabym na kino. Co jednak lubię najbardziej? Chyba duży telewizor lub projektor i rzutnik, kino domowe, słodycze i chipsy rozstawione na dywanie, ciepły koc, dobre towarzystwo i wybór dowolnego filmu lub spektaklu, transmitowanego przez telewizję. Do tego najlepiej kakao zimą lub chłodny napój latem. Dlatego tak pociąga mnie wizja kolejnego ENEMEFU(Nocny Maraton Filmowy), organizowanego w naszej szkole - jeden taki już przeżyłam. Czy uważam się z tego powodu za kogoś mniej zainteresowanego kulturą? Nie, skądże. Kultury brakuje tym, którzy zadzierają nosa, tłumacząc mi po raz kolejny, że ludzie słuchający popu to prostacy i nie mają za grosz gustu.

czwartek, 5 stycznia 2017

SUŁTAŃSKI RODZYNEK NUMER TRZY, CZYLI JAK JADANO W IMPERIUM

Jakiś czas temu miałam okazję rozmawiać z koleżanką, która wyjechała na wymianę do Turcji z całą swoją klasą. Mieszkała tam u rodziny, która nadal pielęgnuje tureckie tradycje. Do pewnych części domu nie wolno jej było wchodzić. Kiedy opowiadała mi o swoim pobycie w owym kraju, zwróciłam uwagę na to, jak opowiadała o posiłkach. Z fascynacją relacjonowała mi, jak to co wieczór tureckie siostry i ona dostawały ogromne tace pełne różnorakich przekąsek i zajadały się wszystkim po trochu. 

Jej historia zainspirowała mnie do napisania krótkiego posta na temat osmańsiej kuchni. Bo temat jest to ciekawy, choć na pewno go nie wyczerpię. Raczej wspomnę o tym, co najbardziej mnie zainteresowało. Zacznijmy jednak od początku.

W sułtańskim pałacu kuchnia pracowała non stop. Przygotowanie wymyślnych potraw dla rodziny monarchy zajmowało wiele czasu. Mało tego, należało jeszcze sprawdzić, czy aby nie dodano do nich trucizny. Dopiero wtedy mogły trafić na stół padyszacha i innych mieszkańców pałacu.

Tak jak dzisiaj Turcy, tak i mieszkańcy Imperium Osmańskiego jadali rzadziej, ale więcej. Dodatkowo posiłki nie składały sę z jednego dania. Tak jak do pokoju mojej koleżanki, do komnat w pałacu znoszono suto zastawione tace,pełne zup, przystawek i słodyczy, przy czym wszystko było serwowane w małych ilościach. Ogólnie było to ok. 25 potraw. Należało spróbować każdej, co trochę przypomina nasz polski, wigilijny zwyczaj.

Sułtańska rodzina nie jadała razem, jak to bywało na dworach w Europie, gdzie wyprawiano nieustannie uczty, a możni maczali paluchy w tłuszczu, ociekającym z mięs. Każdy spożywał posiłek w swojej komnacie, chyba że ktoś kogoś zaprosił na kolację bądź organizowano przyjęcie z jakiejś okazji. Siadano przy niskich stoliczkach na pufach i poduszkach. Myto ręce, by zadbać o higienę. W trakcie posiłku panowała zwykle cisza. Jedzono dwa razy dziennie - syte śniadanie i ostatni posiłek przed zachodem słońca. W czasie ramadanu (postu) osobom powyżej 10 roku życia (aczkolwiek był od tej zasady wyjątki, np. nie obowiązywała osób chorych, ciężarnych itd.) nie wolno było jeść od świtu do zmierzchu.


Fragment odcinka serialu "Wspaniałe stulecie". Sułtańska rodzina
wspólnie spożywa posiłek.

Co spożywano? Przede wszystkim ryż, tłuszcze zwierzęca oraz słodycze. Najbardziej charakterystyczne potrawy kuchni osmańskiej to chyba lokma, czyli słodkie, małe pączki, rachatłukum - kostki oprószone cukrem pudrem, wyrabiane z mąki ziemniaczanej bądź skrobi oraz cukru, pilawa, czyli coś w stylu poslkiej potrawki z kurczakiem i słynna baklawa - przesłodki deser z ciasta listkowego, przełożonego pokrojonymi orzechami w miodzie lub cukrze (próbowałam, polecam). Pito natomiast wodę,herbatę, trunki (ale w małych ilościach, ze względu na religię), plus naturalnie szerbet - tradycyjny turecki napój z soku owocowego, ziół bądź płatków kwiatów. Potem na scenę wkroczyła kawa, pita chętnie do towarzystwa dla zjadanego rachatłukum i pozostałych słodyczy, co niwelowało jej gorzki smak. 



Baklawa - słodki turecki przysmak

Moje przemyślenia związane z osmańską kuchnią? Cóż, my Europejczycy powinniśmy się uczyć od Osmanów. Dziś ciężko nam zadbać o dietę i płacimy za to sylwetką oraz prblemami zdrowotnymi. Mieszkańcy Imperium umieli delektować się jedzeniem, zamiast opychać się nim do oporu. Jako dziewczyna uważam, że dla każdej kobiety osmański sposób żywienia to wybawienie. Sułtankom dzięki rzadszemu zasiadaniu do stołu i zjadaniu tylko kilku kęsów każdej z kilkunastu potraw łatwiej było dbać o linię. Cieszyły się też zdrowiem, mimo że słodycze spożywały na potęgę. I to jakie słodycze! Mam nadzieję, że nieraz bęzie mi dane skosztować baklawy, bo od pierwszego kawałka zakochałam się w niej na wieki. 


piątek, 2 grudnia 2016

ZAMOŚĆ A RADOM - MOJE DWA MIEJSCA NA ZIEMI

Ten post chciałabym zacząć od opublikowania mojego eseju, napisanego specjalnie na WOK.

ESEJ INSPIROWANY TYTUŁEM
ZBIORU SZKICÓW MIŁOSZA- "ZACZYNAJĄC OD MOICH ULIC"


[…]Kochasz ty dom, ten stary dach,
Co prawi baśń o dawnych dniach,
Omszałych wrót rodzinny próg,
Co wita cię z cierniowych dróg?[…]

         Tak brzmi fragment wiersza „Pieśń o domu” Marii Konopnickiej. Czytelnik podczas jego lektury przywołuje zaraz w myślach obraz swych rodzinnych stron, ukochanego miasta i ojczyzny. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa, którą daje nam rodzina i świadomość, że istnieje takie miejsce na ziemi, do którego zawsze możemy wrócić. Miejsce, w którym się wychowaliśmy. Społeczeństwo, które przyjmie nas z otwartymi rękami.
          Moim azylem na planecie Ziemi, przypisanym mi z racji miejsca zamieszkania, jest Radom. Jesienią i zimą wygląda chyba najpiękniej — dzięki parkom kuszącym kolorowymi drzewami i świątecznym lampkom, których moc wisi w całym mieście.
          Osiedle Michałów, na którym mieszkam od trzeciego roku życia — niegdyś szarobure i pełne nieciekawych typów spod ciemnej gwiazdy — zmieniło się na przestrzeni lat. Straszące brzydotą wieżowce obecnie cieszą oko swymi barwami, trawniki są zawsze przystrzyżone. Ludzie  — kulturalni i życzliwi. Zniknęła gdzieś zbuntowana  młodzież, chuligani i spółki drobnych pijaczków.
          Mój blok mieści się przy ulicy Piastowskiej. Rano, wiecznie spóźniona, biegnę na przystanek. Na ławkach w pobliskim parku widzę stałe grupki starszych pań i panów, narzekających na polską służbę zdrowia. Mijam plac zabaw i sąsiednie budynki. Nowe chodniki z kostki, poprzeplatane tymi starymi, z płyt. To nimi jako mała dziewczynka chodziłam do szkoły, z plecakiem na plecach i workiem na buty w dłoni.
         Radom, moje miasto. Z roku na rok jestem z nim coraz mniej związana. Może dlatego, że wolałam jego starszą wersję? Tę ze starymi fontannami przy deptaku, gdzie jako dziecko zbierałam kasztany, z bazarami i targami, na których kupowało się od handlarek ubrania i obuwie… Wiele oddałabym, by powrócić do tamtych czasów.
        Nie lubię gwaru dużych miast, a Radom w moich oczach stał się w ostatnich latach zbyt wielkim i nowoczesnym obszarem. I choć z ciężkim sercem opuszczałabym rodzinne strony, rozdarta jestem pomiędzy dwoma „małymi ojczyznami”. Tę drugą stanowi Zamość, miejscowość na Lubelszczyźnie, w której od dziecka spędzam każde ferie zimowe i letnie.
        Można powiedzieć, że zakochałam się w tym mieście. Przyczyniła się do tego moja siostra, która po ślubie przeprowadziła się do Zamościa. Pokazała mi jego piękno, tak jak niegdyś pokazywała piękno Radomia. Dzięki niej znam na pamięć wszystkie zamojskie ulice, najlepsze sklepy i najpiękniejsze zabytki. Będąc tam, nigdy nie mówię, że tęsknię za domem — przecież w nim jestem!
        Lubię podróże, ale dobrze jest powracać do domu po długiej nieobecności. Widzieć stary trzepak i wiecznie marudzącego sąsiada. Największą słabością człowieka jest chyba to, że tak łatwo się przywiązuje — nie tylko do ludzi, ale też do miejsc.
       Byłoby dla mnie nie lada wyzwaniem, gdybym miała wybierać między Zamościem a Radomiem. Oba te miasta są nieodłączną częścią mnie, oba ukształtowały moją osobowość. Czytając wiersz Konopnickiej, oczami wyobraźni widzę dwa „stare dachy”. Gdziekolwiek zostanę pochowana, moje serce — podobnie jak serce Chopina, lecz w tym przypadku podzielone na pół — pozostanie w moich dwóch małych ojczyznach.


KONIEC

Fontanny radomskie - te dawne, ukochane przeze mnie...
Zamojska starówka. Moc barw i piękno samo w sobie.

KRĘTYMI ULICAMI, CZYLI WYDEPTANE PRZEZE MNIE DROGI

Radom. Tutaj urodziłam się i wychowałam, chociaż pierwsze kroki stawiałam w okolicznym Piastowie. Dorastałam w zwykłym, szarym wieżowcu, który z czasem jak wszystkie inne został odnowiony - ocieplony i pomalowany. Wokół było sporo zieleni, fajna górka, trochę lasów i szerokie łąki. Z czasem wybudowano na Michałowie dwa place zabaw. Świat poza moim osiedlem zaczął dla mnie istnieć, kiedy ukochane siostry, sprawując nade mną opiekę, często zabierały mnie ze sobą "na miasto", czyli po prostu do centrum. Jako nastolatka rozpoczęłam podróże do nowej szkoły, Publicznego Gimnazjum nr 23 im. Jana Kochanowskiego. Gdyby nie to, nadal tkwiłabym w miejscu. Dziś znam w zadowalającym stopniu najważniejsze ulice i instytucje, w których sama załatwiam własne sprawy. Ze znajomymi czas spędzamy różnie - czasami w kinie, ale głównie spacerujemy po ulicy Żeromskiego, kupujemy słynne zapiekanki, sprzedawane na ulicy. Moniuszki. Wieczorami lub w upalne, letnie dni wybieramy się na Borki, by skorzystać z atrakcji Parku Linowego, popływać rowerkami wodnym bądź kajakami. Niekiedy uczestniczymy w imprezach kulturalnych. Gdy po długiej nieobecności widzę tablicę z nazwą "Radom" i przekraczam granice miasta, moja radośc jest nie do opisania - w końcu wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.


Ale z Zamościem też tak mam. Moja przygoda z tym miastem to niezliczone spacery, zwiedzanie ZOO, zabytków, wypoczynek nad zalewem i okdrywanie zakątków miasteczka na Lubelszczyźnie. Będąc w gościnie u mojej siostry, często opiekuję się moimi siostrzeńcami. Kiedyś spędzałam tam całe ferie i wakacje. Odprowadzałam maluchy do przedszkola, załatwiałam sprawunki i znajdowałam czas na zwiedzanie Zamościa. Dzisiaj znam praktycznie każdy jego zakątek. Wiem dużo o zabytkach. Moja siostra nie musi się o mnie martwić, nie boi się, że się zgubię. 

Gdy wybieram się na wycieczkę po Zamościu - rowerem bądź pieszo- pierwszym przystankiem jest zawsze Kościół św. Michała Archanioła, chyba najładniejszy, jaki widziałam w życiu. Nad ołtarzem widnieje płaskorzeźba, przedstawiająca Jezusa jako pasterza, która niesamowicie do mnie przemawia.

Z kościoła kieruję się na rynek, lecz po drodze mijam targ. Można tam kupić pyszne, świeże warzywa i owoce (oczywiście przede wszystkim latem). Na rynek dojść można trasą obok rzeczki, koło której spotykam kaczki bądź główną ulicą, noszącą nazwę "Wojska Polskiego". Na trasie znajduje się także zadbany, ogromny park. Latem wypożyczam tam gokarty. Wokół parku znajduje się fosa, zaś w jego środku - staw. Po drugiej stronie ulicy mieści się amfiteatr. 

Starówka cieszy oko kolorowymi kamieniczkami i przede wszystkim ogromnymi, białymi schodami ratusza, znanymi ze zdjęć Zamościa w podręcznikach do historii. Zimą przed ratuszem znajduje się lodowisko, gdzie godzinami jeżdżę na łyżwach. Później pędzę po kubek słodkiej jak diabli, gorącej czekolady. 

Z Rynku Solnego na Starówkę, ze Starówki na fontanny, dalej zaś mieszczą się tory i zalew. To oczywiście nie wszystkie moje ukochane miejsca w tym mieście. Tyle jednak o Zamościu - a gdbym jeszcze miała opisywać, jak dobrze bawię się w okolicznym Zwierzyńcu, czy nad rzeką w pobliżu Roztoczańskiego Parku Narodowego!


Miłość do Zamościa pcha mnie w kierunku Lublina, gdzie może w przyszłości będę studiować. To niesamowite, jak duże wrażenie zrobiło na ośmioletniej dziewczynce małe, renesansowe miasto, gdzie czuć jeszcze ducha Jana Zamoyskiego. Tak duże, że potrafię je dziś nazwać swoją małą ojczyzną. 



                        

czwartek, 3 listopada 2016

ROMANS Z SIENKIEWICZEM

Miałam około trzynastu lat, kiedy pierwszy raz obejrzałam w telewizji "Ogniem i mieczem". To było w jakieś narodowe święto, kiedy to zawsze puszczają na TVP Trylogię. Nie miałam pojęcia, co się dzieje na ekranie. Dopiero zaczynałam na poważnie uczyć się historii. Mimo to uważnie przyglądałam się momentom, kiedy pośród obrazów bitew pojawiały się daty lub wymawiano imię króla czy księcia.

Pierwszy zaimponował mi pan Podbipięta. Film oglądałam od momentu kiedy szlachetny rycerz ściął za jednym razem trzy głowy napastników i tym samym dotrzymał złożonego ślubu. Niedługo potem próbował przekraść się przez teren wroga do króla i zginął, zamordowany w okrutny sposób. Wtedy do akcji wkroczył Skrzetuski, kochanek pięknej Heleny.

Nie będę streszczać całej Trylogii, ale opowiem, co mnie w niej szczególnie poruszyło. W "Ogniem i mieczem" historia miłosnego trójkąta - Bohuna, Skrzetuskiego i Heleny. W uszach rozbrzmiewa mi wciąż "Dumka na dwa serca", kiedy wracam myślami do treści tej części wielkiego dzieła Sienkiewicza.



Moją pierwszą miłością przed Bohunem i Skrzetuskim jest jednak Michał Wołodyjowski. Mały rycerz zaimponował mi już sceną pojedynku z hardym Kozakiem. Kiedy wysadził twierdzę w Kamieńcu, chcąc dopełnic ślubu i nie zdradzić samego siebie, z oczu płynęły mi łzy.



"Potop" najmniej poruszył moje serce. Nie przemówiła do mnie zupełnie postać Oleńki, Kmicic natomiast w pewien sposób zaimponował mi, lecz jego historia nie zapadła mi zbytnio w pamięć.

Do śmierci pamiętać będę, jak na moich oczach ginął Azja Tuhajbejowicz, jak wbijano go na pal. Aż wstyd przyznać, ale okrucieństwo tamtej epoki budzi we mnie dreszczyk emocji. Tak to chyba już jest - szczególnie młodzi chłopcy marzą o wojnie, czytając książki o rycerzach, a gdy wojna przyjdzie, przeklinają ją.

W Trylogii odnalazłam świat, którego szukam. Do granic niedzisiejsza, pragnę móc choć czytać o niesamowitej, czystej miłości, o honorowych mężczyznach, tak niepodobnych do dzisiejszych jednostek, pretendujących do miana "samców", a nie potrafiących nawet przepuścić kobiety pierwszej w drzwiach. Kiedy gubię się w świecie elektroniki i ulicznego gwaru, zamykam oczy i pozwalam przenieść się do krainy, gdzie błyszczą czarne jak węgle, kozackie oczy Bohuna, gdzie pan Michał całuje swoją Basieńkę, Jarema Wiśniowiecki podkręca nerwowo wąsa, a hordy Tatarskie przemierzają stepy na swych koniach...

Niektórzy mówią, że Sienkiewicz pisał  nudno, ale nie zgadzam się z tym. To po prostu dzisiejszemu społeczeństwu brak czasu i cierpliwości, by smakować każde słowo, które wyszło spod pióra naszego wielkiego Henryka.



[...]Przez kurhany spopielałe 
Przez chutory w ogniu całe 
Snu już nie znam, step odmierzam 
By odnaleźć Cię.



Jakże pytać mam księżyca ? 
On się kocha w Twych źrenicach 
Słońce zgoni, step zasłoni 
Nie odnajdę Cię 



Mój miły...


Jakże pytać mam Kozaka ? 


Co na miłość chorą zapadł 


On by z żalu świat podpalił 
Gdyby stracił...


Cię...

Mnie...[...]

czwartek, 27 października 2016

SUŁTAŃSKI RODZYNEK NUMER DWA - WIELOKULTUROWOŚĆ

Przenieśmy się do czasów, gdy tron osmański dzierżył potężny Sulejman, a polski - Zygmunt II Waza...

Sulejman Wspaniały, władca Imperium Osmańskiego
O Wazie pisać nie będę. Chcę się bowiem skupić na renesansowym Imperium Osmańskim, które w swoich dziejach praktycznie zawsze pociągało barwnością i różnorodnością kultur.Ludzie błędnie kojarzą dzisiaj muzułmanów z tamtych terenów z dżihadystami, dokonującymi rzezi na niewiernych, z barbarzyńcami arabskiej krwi, odpowiedzialnymi za wojny w Afryce. W państwie Sulejmana schronienie znajdowało natomiast wielu Żydów, których pozbywali się Europejczycy, a także wyznawców innych religii.
Gdy władca ten podbijał różne tereny, nie nakazywał mieszkańcom na siłę wyznawać islamu. Wręcz przeciwnie - przeważnie mieli w tej kwestii dużą autonomię. Sulejman nie tyle chciał krzewić islam w każdym zakątku świata, co zdobywać nowe tereny i poddanych. Póki ludzie służyli mu i uznawali jego wielkość, mogli być nawet chrześcijanami. Walka z tą religią była tak naprawdę tylko jednym ze sztucznych argumentów zachęcających religijnych muzułmanów do walki z monarchią Habsburgów.


Karol Habsburg, rywal tureckiego sułtana



Jest to wiedza zdobyta przeze mnie z wielu źródeł. Niektórzy spierają się jednak co do tego, że innowierców traktowano w Imperium dobrze, bez szykan.

Z Wikipedii: "[...]Z drugiej strony nie-muzułmanie byli poddani instytucjonalnej dyskryminacji – musieli płacić władzom dodatkowe podatki i byli poddani różnym ograniczeniom prawnym. Chrześcijanie musieli dostarczać swoje dzieci jako janczarów do armii. Przejście na islam było także często jedyną drogą do kariery na sułtańskim dworze".

Wszyscy zgodni są natomiast co do jednego - państwo założone przez Osmana obfitowało w niezliczoną ilość mniejszości etnicznych i narodowych.


Do czego "piję", pisząc tego posta? Przede wszystkim do dwóch modeli polityki migracyjnej we współczesnym świecie. Pierwszy, francuski, zakłada, że imigranci są przyszłymi obywatelami państwa. Rząd nie wspiera zachowania tożsamości kulturowej mniejszości narodowych i etnicznych. Drugi model, angielsko-amerykański, cechuje się uznaniem wielokulturowości i wsparciem ze strony rządu skierowanym do grup narodowych. Migracje w ostatnim czasie są "gorącym" tematem. Istnieją zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy polityki Multi-Kulti. Jedni uważają, że kraje takie, jak Niemcy, USA czy Francja tracą na swojej tolerancji. Drudzy wręcz przeciwnie - chcą się integrować, a w łączeniu się kultur upatrują przyszłości świata.



Moja opinia na ten temat nie jest dokładnie sprecyzowana. Ogólnie rzecz biorąc nie popieram mieszania się kultur. Już dzieci małżonków różnej narodowości mają problemy z własną tożsamością narodową. Tam, gdzie pojawia się wielokulturowość, zanika patriotyzm i nasila się asymilacja jednej kultury przez drugą. Nie wspomnę już o wadze konfliktów religijnych, nad którymi żaden rząd nie jest w stanie zapanować. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć, że nie popieram Multi-Kulti. Niektórzy ludzie zmuszeni są do migracji. Mój brat od ośmiu lat mieszka w Anglii wraz z rodziną. Byłabym więć hipokrytką, gdybym powiedziała, że wielokulturowość to zły pomysł, a każdy powinien mieszkać w swoim kraju.







Wszystko zależy od tego, jak dalekie lub bliskie są sobie dane kultury. Wiadomą rzeczą jest, że prawosławni i katolicy nie będą walczyć ze sobą tak, jak chrześcijanie i muzułmanie. Dopóki ktoś sprawuje porządek nad mniejszościami, wielokulturowość jest rzeczą piękną. Nie popieram na pewno zupełnie modelu francuskiego polityki migracyjnej - jak można doprowadzać stopniowo do całkowitego zaniku danej kultury? Przecież to właśnie na przeróżnych zwyczajach i obyczajach opiera się wszystko, co dzisiaj
wiemy i potrafimy.






I wreszcie, na sam koniec, pragnę przytoczyć słowa, które wypowiedział  H. D. Thoreau: "Nade wszystko powinniśmy być ludźmi, dopiero zaś potem obywatelami". Słowa piękne i znamienne. Przyszłość przyniesie nam odpowiedź na pytanie, czy bratanie się z innymi nacjami mimo barier wyjdzie nam na dobre.